(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na
"Menu 2".)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na
"Menu 4".)
Witam na stronie o tropikalnych owocach strefy
pacyfiku i o ich niezwykłych cechach:
Wszyscy znamy nasze
typowe owoce, takie jak jabłka, gruszki, śliwki, pomidory,
ogórki, itp. Wiemy też, że niektóre z nich niezależnie od
swego wspaniałego smaku, wartości odżywczych i rozlicznych
witamin, posiadają również najróżniejsze inne cechy i
zdolności. Przykładowo, gruszki mają tendencję
do wyzwalania bólów brzucha i powodowania rozwolnienia.
Jednak zbijają też w dół temperaturę i uspokajają. Jagody
leśne powstrzymują biegunkę i ustalają kupę. Ogórki łagodzą
i zaniżają ból gardła. Itd., itp. Czas więc poznać także
najbardziej podstawowe rodzaje tropikalnych owoców oraz
ich najważniejsze cechy.
* * *
Nasza planeta posiada
trzy strefy tropikalne, mianowicie strefę amerykańską, afrykańską,
oraz strefę pacyfiku. Aczkolwiek ludzie sadzą w tych strefach
wiele podobnych owoców tropikalnych, przykładowo banany czy
pomarańcze, ciągle strefy te posiadają także wiele innych
owoców - które są unikalne tylko dla nich. Przykładowo w strefie
pacyfiku unikalnym jest owoc nazywany "durian", którego nie
sadzi się w strefie amerykańskiej ani w Afryce. Co jednak
najważniejsze, w strefach tych kultura, tradycja i filozofia
jedzenia poszczególnych owoców tropikalnych jest drastycznie
odmienna. Na niniejszej stronie internetowej prezentuję
owoce tropikalne występujące i jedzone w strefie pacyfiku.
Moje doświadczenia z nimi wywodzą się głównie z tropikalnej
Malezji, aczkolwiek niemal wszystko co rośnie w Malezji,
rośnie rónież w innych krajach strefy pacyfiku, np. w
Tailandii, Wietnamie, Borneo, Indonezji, itp. Tyle, że może tam być
znane pod nieco innymi nazwami, oraz jedzone w nieco odmiennej formie.
Informacje o tropikalnych owocach strefy pacyfiku spisane na tej
stronie, są również charakterystyczne głównie dla kultury, tradycji
i filozofii jedzenia tych owoców w strefie pacyfiku.
Kultura, filozofia
i tradycja jedzenia owoców tropikalnych w strefie pacyfiku
jest silnie ukierunkowywana przez wpływy, wierzenia,
filozofię, oraz wiedzę starożytnych Chińczyków. Musimy
bowiem pamiętać, że to Chińczycy od najdawniejszych już
czasów odwiedzali te obszary, handlowali z miejscowymi ludźmi,
wyznaczali zapotrzebowanie na owe owoce, oraz uczyli miejscową
ludność jak owoce te należy poprawnie spożywać.
Starożytna
wiedza Chińska kwalifikuje wszystkie owoce do kilku
odmiennych kategorii zależnie od tego jaki rodzaj
energii w nich dominuje. Czyni ona tak zresztą ze
wszelkimi innymi rodzajami potraw, a także organizmów
żywych. Zgodnie z nią istnieją dwa podstawowe rodzaje
energii jakie mogą być obecne w owocach, żywności,
ludziach, zwierzętach, roślinach, itp. Są to: energia
"yang" oraz energia "yin". Energia "yang"
jest to energia "męska", która w odniesieniu do owoców
oraz potraw często nazywana jest także energią "rozpalającą".
Z kolei energia "yin" jest to energia "żeńska", w odniesieniu
do owoców i potraw często nazywana także energią "chłodzącą".
Wyniki swoich badań nad obu tymi energiami opisałem w
podrozdziale H2 z tomu 4 monografii naukowej
[1/4]
o danych bibliograficznych: dr Jan Pajak, "Zaawansowane
urządzenia magnetyczne". (Egzemplarze tej monografii
[1/4]
upowszechniane są gratisowo poprzez niniejszą stronę
internetową za pośrednictwem jej "Menu 1" i
"Menu 4".)
Podsumowująć je tutaj w jednym zdaniu, owa męska energia
"yang" jest starożytnym chińskim odpowiednikiem dla
wszelkich form energii dynamicznej znanych przez dzisiejszą
naukę, czyli np. dla pól dipolarnych, dla energii przepływu,
dla energii przyspieszenia, itp. Z kolei żeńska energia
"yin" jest starożytnym Chińskim odpowiednikiem dla wszelkich
form energii statycznej znanych przez dzisiejszą naukę,
czyli np. dla pól monopolarnych, dla energii ciśnienia,
dla energii potencjału, itp.
Jeśli dany owoc
(a także osoba, roslina, zwierzę, itp.) zawiera w sobie
więcej męskiej energii "yang" niż żeńskiej energii "yin",
wówczas Chińczycy twierdzą, że jest on typu "yang" czyli
"męskiego" lub "rozpalającego". Stąd owoce typu "yang"
(a także wszelka inna żywność, ludzie, zwierzęta i rośliny
typu "yang") przepełnione są nadwyżką energii "męskiej",
która często nazywana jest także energią "rozpalającą".
Starożytna wiedza chińska zaleca, aby owoce i potrawy
typu męskiego "yang" jeść w umiarkowaniu, szczególnie
jeśli samemu przynależy się do katagorii "yang" (np.
jeśli samemu jest się mężczyzną - chociaz nalezy byc
ostroznym w kategoryzowaniu jedynie na podstawie plci,
bowiem istnieja kobiety u ktorych tez moze dominowac
owa meska energia "yang"). Kiedy zaś już w nich
się rozsmakujemy i zechcemy zjeść dużą ich ilość, wówczas
Chińczycy zalecają aby zaraz po nich zjeść równoważną
energetycznie ilość owoców lub potraw typu żeńskiego
"yin". Do owoców męskiego typu "yang", czyli "rozpalających",
należą, m.in.: durian, persimon, ginger, lychee,
langsat, longan berry, nasiona lotusa (lotus seed),
oraz kilka innych.
Jeśli jednak dany
owoc (a także osoba, roslina, zwierzę, itp.) zawiera w sobie
więcej żeńskiej energii "yin" niż męskiej energii "yang",
wówczas Chińczycy twierdzą, że jest on typu "yin". Stąd
owoce typu "yin" (a także wszelka inna żywność, ludzie,
zwierzęta i rośliny typu "yin") przepełnione są nadwyżką
energii "żeńskiej", która często nazywana jest także
energią "chłodzącą". Starożytna wiedza chińska
zalecała, aby również owoce i potrawy typu żeńskiego
"yin" jeść w umiarkowaniu, szczególnie jeśli samemu
przynależy się do katagorii "yin" (tj. jeśli samemu
jest się kobietą - chociaż należy byc ostroznym w
kategoryzowaniu jedynie na podstawie plci, bowiem
istnieja mezczyzni u ktorych dominująca jest wlasnie
żenska energia "yin"). Kiedy zaś już ktoś w nich się
rozsmakuje i zechce zjeść ich dużą ilość, wówczas dawni Chińczycy
zalecali aby zaraz po nich zjeść energetycznie równoważną
ilość owoców lub potraw typu męskiego "yang". Jednak
w dzisiejszych czasach zalecenie to wcale nie musi
być już tak pedantycznie przestrzegane. Powodem jest,
że w dzisiejszych czasach większość pożywienia zjadanego
codziennie przez ludzi należy do opisywanych tutaj kategorii
"rozpalającego" lub "mokro-rozpalającego" (np. "rozpalające"
jest wszystko co pieczone, a także wszelkie napoje
chłodzące typu "coca-cola", "lemoniada", itp.). Dlatego
w dzisiejszych czasach, w naszej diecie codziennej typowo
brakuje pożywienia z kategorii "chłodzącej", zaś występuje
nadmiar pożywienia z kategorii "rozpalającej". Stąd
codzienne spożywanie takiego "chłodzącego" pożywienia
dla zbalansowania niemal wszystkiego innego co także
codziennie zjadamy lub pijemy, powinno stawać się
naszym priorytetem. Jeśli zaś jemy już coś "chłodzącego",
wówczas nie musimy tego celowo kompensować zjedzeniem
również czegoś "rozpalającego". Wszakże owo "chłodzące"
pożywienie samo służy właśnie jako balans do tego
co zjedliśmy już wcześniej. Do owoców żeńskiego typu
"yin", czyli "chłodzących", należą, m.in. (w kolejności
ich mocy chłodzącej): mangosteen, ogórki, gruszki,
tapioka, pomidory, kokosy, morskie kokosy, zielone banany
(np. ekwadorskie), cytryny, ananasy (pinaple), starfruit,
arbuzy, kasztany wodne, oraz kilka innych. (Interesującym
w tym wykazie jest nasz zwykły "Europejski" ogórek, który
posiada zdolności silnie "chłodzące". Na jego temat istnieje
nawet powiedzenie "as cool as a cucumber" - tj. "tak
chłodny jak ogórek".) Wśród napojów, "chłodzącymi"
są m.in. piwo i herbata (jednak tylko ta herbata która
jest pita po "chińsku" lub po "japońsku", czyli bez
cukru i bez zadnych innych dodatków).
Oczywiście fakt że
jakiś owoc jest typu "yang" wcale nie oznacza, że nie zawiera
on w sobie wogóle energii "yin", oraz wice wersa. Typ bowiem
do którego dany owoc należy decydowany jest przez panującą
w nim nadwyżkę danej energii. W ten sposób np. durian
posiada w sobie zarówno energię "yang", jak i energię "yin".
Tyle że energii "yang" jest w nim wielokrotnie więcej niż
energii "yin". Jeśli dany owoc zawiera w sobie tyle samo
energii "yang" co energii "yin", wówczas energie te
nawzajem się w nim balansują. W takim przypadku mówi się
że dany owoc jest typu "neutralnego". Owoce oraz
wszelkie inne potrawy typu neutralnego są najzdrowsze
i najbardziej zalecane do jedzenia. Chińczycy twierdzą,
że jeśli ktoś może i lubi, powinien w zasadzie jedać
wyłącznie potrawy i owoce energetycznie neutralne. Owoców i
potraw typu neutralnego można też jeść tak dużo ile się tylko
zechce. Ich zjedzenia nie trzeba też potem balansować
zjedzeniem również odpowiedniej ilości owoców odwrotnego
typu. Do owoców neutralnych należą m.in.: papaya, żółte
banany (tj. maleńkie banany o żółtym miąszu, rosnące
głównie na wyspach pacyfiku), pomarańcze, guava, dragon
fruit, pomelo, jabłka, soursop, chiku.
Starożytna wiedza
Chińska wyróżnia jeszcze jedną kategorię owoców i potraw,
które nazywane są przez nich "mokro-rozpalające"
(po angielsku "wet-heating"). Zawarty jest w nich szczególnie
"lepki" rodzaj męskiej energii "yang", która po wejsciu do
naszego systemu zatyka nasze kanały przepływu energii i nie
chce już potem z nas wyjść. Stąd energia ta "razpala" nas
potem niezdrowo przez długi okres czasu, często prowadząc
do niemal natychmiastowej choroby. Chińczycy zalecają
aby szczególnie wystrzegać się jedzenia tych owoców i
potraw, zaś jeśli już je zjadamy, aby jeść je w dużym
umiarkowaniu. Wszakże jeśli zje ich się zbyt dużo, wówczas
wywołają one w nas chorobę. Należy też przestrzegać zasady,
aby po zjedzeniu czegoś "mokro-rozpalającego" natychmiast
balansować to zjedzeniem lub wypiciem czegoś "chłodzącego"
(tj. czegoś z dominacją energii "yin"). Do owej kategorii
"mokro-rozpalających" owoców należą m.in.: mango, mandarynki,
winogrona, rambutan, chempedak, jack fruit, oraz kilka
innych. Z kolei do kategorii potraw "mokro-rozpalających"
należy wszystko co jest smażone w wysokiej temperaturze
i w tłuszczu.
Według starożytnej
wiedzy Chińskiej, cała sztuka jedzenia, w tym jedzenia owoców,
a także sztuka utrzymywania swego ciała przy zdrowiu,
polega na takim spożywaniu owoców i potraw, aby obie
energie "yang" and "yin" nawzajem się w nas zbilansowały.
(Wszakze nawet dzisiejsze angielskojezyczne powiedzenie
stwierdza, ze "jestesmy tym co zjadamy" - po angielsku
"we are what we eat".)
Wyrażając to innymi słowami, aby być zdrowym, energie
naszego ciała muszą być utrzymywane w stanie nieustannego
balansu. Jeśli bowiem którakolwiek z owych dwóch
podstawowych rodzajów energii zacznie znacząco dominować
w nas ponad tą drugą energią, wówczas ciało zapada na
chorobę. Dlatego najlepiej zjadać owoce i potrawy "neutralne".
Jeśli zaś zje już się dużą ilość czegoś "rozpalającego",
np. duriana, wówczas zaraz po tym powinno się także zjeść
energetycznie podobną ilość czegoś "chłodzącego", np.
po durianie objętościowo tyle samo mangosteen, albo
dwukrotnie więcej gruszek - które chłodzą nieco mniej
niż mangosteen, albo też trzykrotnie więcej słabo
chłodzącego arbuza, itp. W przeciwnym wypadku, rozpalająca
energia zjedzonej potrawy, w tym przykładzie duriana,
u mężczyzn w których naturalnie dominuje energia "yang"
może wywołać np. nocny ból gardła. Podobnie zresztą taki
nocny ból gardła u tych mężczyzn spowoduje też niczym
nie zbalansowana "mokro-rozpalająca" energia dużej porcji
smażonych kurczaków, czy dużej porcji smażonych frytek.
Powyższe warto uzupełnić
informacją, że w staropolskim folklorze kucharskim również praktycznie
stosowane były zasady energetycznego komponowania potraw - bardzo
podobne do omówionych powyżej zasad chińskich (byc może że dawna
Polska odtrzymywała jakieś wpływy Chińczyków za pośrednictwem Tatarów
i Mongołów). Moja matka wywodziła się z wielopokoleniowej rodziny
zawodowych kucharek. Przykładowo jej matka, a moja babcia, była dosyć
sławną kucharką która pracowała w wielu pałacach jej czasów. Także
matka mojej babci była dosyć sławną kucharką pracującą w wielu
kuchniach pałacowych jej czasów. Moja matka zawsze też nam powtarzała
jakich potraw lub składników pokarmowych nie wolno jeść lub
mieszać z jakimi innymi, jakie zaś zawsze powinny być jedzone lub
mieszane razem. W głupocie i beztrosce lat młodzieńczych ani ja, ani
żadne z mojego rodzeństwa, nie pospisywało sobie tych zasad. Ich
tajemnicę matka zabrała więc ze sobą do grobu. Teraz zaś ogromnie
"pluję sobie w brodę" z tego powodu. Jedyną lekcję jaką wyniosłem
z tamtych napomnień matki, to aby unikać jedzenia potraw zaprojektowanych
przez dzisiejszych "nowoczesnych" kucharzy, a głównie nastawiać
się na jedzenie tradycyjnych potraw jakie znane są nam już od dawna.
Powodem jest że dzisiejsi "nowocześni" kucharze komponują swoje
potrawy całkowicie ignorując ową wypracowaną przez wieki empiryczną
wiedzę na temat ich kompozycji energetycznej (nic dziwnego ze
tworczość dzisiejszych kucharzy po angielsku często nazywana
jest teraz "junk food" - co można tłumaczyć jako "jadalne śmieci").
Zjadanie produktów wypocin dzisiejszych "nowoczesnych" kucharzy
zwykle czyni nas tylko coraz bardziej chorymi. Natomiast
stare tradycyjne potrawy były kiedyś w Polsce komponowane właśnie
zgodnie z zasadami owej istotnej wiedzy empirycznej. Ich zjadanie
podtrzymuje więc w nas zdrowie. Wspominając obecnie liczne
napomnienia mojej własnej matki na temat co, jak i kiedy należy
jeść lub też nie jeść, to co piszę na niniejszej stronie internetowej
na temat kultury i filozofii jedzenia wywodzącej się od starożytnych
Chińczyków, jest jedynie odświeżeniem i sformalizowaniem
wiedzy która w dzieciństwie serwowana mi była w moim własnym
domu rodzinnym.
Niezależnie od opisanej
powyżej tradycji chińskiej, oraz powtarzającej niektóre jej elementy
tradycji staropolskiej, podobne tradycje istnienia podstawowych rodzajów
energii zawartej w owocach i żywności stosuje również w praktyce
kuchnia staroindyjska. Indyjczycy używają jednak nieco odmiennych
terminów i definicji które bazują na stwierdzeniach
filozofii verdyjskiej. Według nich, energia zawarta w żywności może
posiadać jedną z trzech form, które Indyjczycy nazywają: sattva
(co oznacza "neutralne", "czyste", albo "stężone"), tamas
(co oznacza "inercyjne", "męczące", "osłabiające"), oraz rajas
(co oznacza "energetyzujące", "gorące", "aktywne"). Formy te dosyć
zgrubnie odpowiadają rodzajom energii zawartych w żywności, które
starożytni Chińczycy nazywali "neutralna", "yin", oraz "yang".
* * *
Zdjęcia tropikalnych owoców jakie
tutaj prezentuję, a także opisy ich smaku, wielkości, wyglądu i składu,
są mojego autorstwa. Natomiast
mniej znane ludziom cechy tych owoców opisuję na podstawie ludowych
opowieści na ich temat zasłyszanych w tropikalnych krajach gdzie owoce
te rosną i gdzie spożywa się je na codzień. Przytaczając te ludowe opowieści
nie staram się tu weryfikować na ile są one prawdziwe, chociaż jeśli znany
jest mi materiał dowodowy potwierdzający poprawność określonych stwierdzeń,
wówczas materiał ten wskazuję.
(Zauważ że można zobaczyć powiększenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej. W tym celu wystarczy zwykle
kliknąć na tą fotografie. Ponadto wiekszość tzw. browserow ktore obecnie
są w użyciu, włączając w to populany "Internet Explorer", pozwala na
załadowanie każdej ilustracji do swojego
własnego komputera, gdzie można jej się do woli przyglądać, gdzie daje się ją
zredukować lub powiększyć, a także gdzie ją można wydrukować za pomocą posiadanego
przez siebie software graficznego.)
Fot. 1: Kluster orzechów kokosowych na malezyjskiej
palmie kokosowej. Zdjęcie wykonane w styczniu 2004 roku w Kuala Lumpur, Malezja.
Każdy z tych orzechów jest wielkości głowy ludzkiej. Są one ciągle niedojrzałe
i w trakcie wzrostu. W pokazanym tu stanie jedynie zawarta w nich "woda kokosowa"
nadaje się do picia. Po dojrzeniu ich pomarańczowa lub zielona wierzchnia warstwa
zamieni się w ciemno-brązowy włóknisty kokon, tzw. "husk", w środku którego
znajduje się pełnowartościowy orzech kokosowy, z zawartoscią opisaną nieco dalej.
Po raz pierwszy w życiu skorupkę
z orzecha kokosowego widziałem w niewielkim chociaż intrygująco zaopatrzonym
muzeum jakie kiedyś znajdowało się w szklanych gablotach na korytarzach
Szkoły Podstawowej nr 1 w Miliczu. (Muzeum to opisałem w punkcie 9 strony
internetowej o Miliczu.)
W czasach bowiem gdy ja chodziłem do szkoły podstawowej, kokosa w Polsce to nikt
nawet na lekarstwo nie uświadczył. Opowiadania więc oraz dowody, że gdzieś
w dalekim świecie istnieje orzech wyglądający niemal jak laskowy, jednak mający
wielkość głowy ludzkiej, potrafiły naprawdę pobudzić dziecięcą wyobraźnię.
Skorupka ta zainspirowała u mnie marzenia o czasach kiedy będę podróżował
po dalekich tropikalnych wyspach, gdzie takie kokosy rosną, objadając się
nimi do woli. (Wyobrażałem sobie wówczas, że orzechy kokosowe są jedynie
większą wersją dobrze mi znanych orzechów laskowych, oraz że utrzymują
one doskonały smak rodzimej leszczyny.) Jak wszystkie silne marzenia z
Wszewilek,
marzenie to potem się wypełniło. (Wszakże
Wszewilki
to miejsce w którym marzenia się wypałniają.) Faktycznie też obecnie
relatywnie często podróżuję po tropikalnych wyspach gdzie rosną kokosy.
Często też zapijam się wodą z młodych orzechów kokosowych, którą zresztą
bardzo lubię. Jednak nie jem miąszu kokosowego, bo jakoś mi nie smakuje.
(Wolę raczej objadać się naszymi orzeszkami laskowymi, lub owocem
malezyjskiego "duriana" pokazanego na zdjęciach 4 i 4(b) - który to
"durian" jest oficjalnie uważany za najsmaczniejszy owoc świata.)
* * *
Tak nawiasem mówiąc,
to w ostatnich czasach pojawiła się jakaś tajemnicza choroba
która w tropiku uśmierca drzewa palmowe w podobny sposób
jak w Europie coś uśmierca drzewa wiązowe (po angeilsku
zwane "elm trees"). Z jej powodu palmy znikają ostatnio
w zastraszającym tempie. Opis owej tajemniczej choroby
zawarty jest m.in. w artykule "What's killing the palm
trees?" autorstwa Randolph'a E. Mccoy, opublikowanym w
czasopiśmie
National Geographic,
wydanie z July 1988.
* * *
Po wzgędem zawartej
w sobie energii, orzechy kokosowe należą do owoców lekko
"chłodzących". W dawnych czasach Chińczycy zalecali
umiarkowanie w ich jedzeniu. Zalecali także, aby ich
zjedzenie neutralizować zjedzeniem czegoś lekko
"rozpalającego" - szczególnie jeśli jedząca osoba jest
kobietą o zdecydowanej dominacji energii "yin". Jednak
w dzisiejszych czasach zalecenie to wcale nie musi być
już tak pedantycznie przestrzegane, wszakze i tak obecnie
zjadamy zbyt duzo "rozpalajacych" potraw - jak to
juz wyjaśniłem we wstępie do tej strony.
Na temat palmy kokosowej
stara legenda z wysp Pacyfiku stwierdza co następuje: "W czasach
kiedy Bóg ciągle rozmawiał z ludzmi, mieszkańcy wysp koralowych poprosili
Go jak następuje. Boże, ludziom mieszkającym na dużych kontynentach
dałeś rozległe lasy pełne zwierzyny i różnych drzew, rzeki z pitną
wodą, pola do uprawy, łąki, zboża, owoce, oraz zwierzęta domowe. Nam zaś
dałeś puste wyspy na których oprócz piasku niczego nie ma. Daj więc
nam coś, co zastąpi wszystkie te dobra które otrzymali ludzie z
dużych kontynentów. Bóg dał więc wyspiarzom
palmę kokosową. Ta jedna palma zastąpiła sobą wszystkie inne dobra
które otrzymali ludzie z dużych kontynentów."
Faktycznie też palmy kokosowe
są najbardziej użytecznymi roślinami na Ziemi. Rosną one na piaszczystych
wyspach otoczonych słonym oceanem i nie posiadających ani rzek ani jezior
ze słodką wodą. Ich korzenie potrafią bowiem pobierać wodę nawet jeśli
wokoło istnieje tylko słona woda oceanu. Praktycznie też każdy ich
fragment posiada aż cały szereg odrębnych zastosowań. Przykładowo,
pnie drewna palmowego (tzw. "trunks") używane są do budowy mostów
i budynków. Liście tej palmy stosuje się do wyplatania mat i koszyków,
zaś wyciągi z owych liści stosuje się w lecznictwie i gotowaniu.
Sok odciągany z pnia palmy, po wygotowaniu dostarcza doskonałego
"cukru palmowego" (po angielsku "palm sugar"). Z kolei sok spływający
po nacięciu kwiatów palmy kokosowej stanowi natychmiast gotowy do
picia słodki napój alkoholowy nazywany "toddy" - o smaku
przypominającym nasz miód pitny wysokiej jakości. Z kolei ogromne
jak głowy ludzkie orzechy kokosowe dostarczają cały szereg użytecznych
produktów. Zewnętrzna, włóknowata osłona owych orzechów, po angielsku
nazywana "husk" służy do plecienia silnych lin oraz do produkowania
szczotek. Twarda skorupa zawarta pod tą osłoną (tzw. "shell") używana
jest do produkcji najróżniejszych pojemników i naczyń. Jest ona tak
twarda, że na wyspach nie mających gliny ani metali używana jest
ona do gotowania nad ogniem. Pod skorupą tą znajduje się biała,
jadalna warstwa orzecha kokosowego, tzw. "kernel". Ten kernel można
jeść na surowo lub po ugotowaniu. Po roztopieniu na ogniu zamienia
się on w olej jadalny z jakiego kiedyś produkowano margarynę.
Można z niego też wyciskać gęstą, smaczną, "śmietankę kokosową"
(po angielsku "coconut cream"), z jakiej po rozwodnieniu produkowane
jest "mleczko kokosowe" ("coconut milk"). Po wysuszeniu ów biały
kernel zamienia się w tzw. "copra" z której obecnie produkowanych
jest aż kilkaset najróżniejszych wyrobów kosmetycznych, farmaceutycznych
i chemicznych. W końcu wolna przestrzeń zawarta w środku "kernela"
kokosowego wypełniona jest smakowitą "wodą kokosową". Woda ta posiada
aż kilka bezcennych cech, przykładowo jest sterylna, zawiera wszelkie
składniki niezbędne do życia, oraz jest ogromnie smaczna. Stąd
w drastycznych przypadkach używana jest przez lekarzy jako zastępcza
"kroplówka" dozowana z orzecha kokosowego bezpośrednio do żył osób
które potrzebują pomocy lub kroplówkowego dożywienia. Woda ta jest
także bardzo smaczna do bezpośredniego picia (ja uwielbiam jej smak).
W Malezji nazywają ją "lions' drink" (znaczy "napój lwów") ponieważ
wzmacnia ona i odżywia ciało oraz powoduje iż jej konsument czuje
się jak "młody lew". Osobiście zalecam każdemu kto przebywa w krajach
tropikalnych: jeśli boisz się picia w tropiku czegokolwiek miejscowego
aby nie dostać zatrucia, zamiast pić tam butelkowaną coca-colę która tylko
niszczy Twoje zdrowie, raczej pij sterylną i przesmaczną wodę z kokosa.
Bacz jedynie aby kokos ten był otwarty w Twojej obecności, oraz aby
pozwolono Ci go pić przez słomkę wprost z orzecha - co Ci zagwarantuje
że jego woda ciągle jest sterylna i świeża.
Podsumowując powyższe, faktycznie
nie istnieje na Ziemi żadna inna roślina która dla ludzi miałaby równie
wiele użytecznych zastosowań jak palma kokosowa.
Począwszy od około lat
1970-tych, w Malezji palmy olejowe stopniowo eliminują palmy
kokosowe pokazane na zdjęciu 1. Wartość bowiem odżywcza
maleńkich orzeszkow palmy olejowej, pokazanych na zdjeciu 2
(b), jest jeszcze korzystniejsza niż wartość odżywcza orzechów
kokosowych. Praktycznie też obecnie niemal cała produkcja
oleju palmowego oraz margaryny palmowej na świecie następuje
już z owej palmy olejowej, a nie (jak kiedyś) z orzechów
kokosowych.
Pojedynczy orzeszek
palmowy ma wielkośc naszej niebieskiej śliwki. Jego zewnętrzna
warstwa to bezuzyteczna masa nieco podobna do tej z miąszu naszych
"rajskich jabłek". W środku, pod tą warstwą, mieści się "shell"
tego orzecha. Owa "shell" ma wielkość naszego orzecha laskowego.
Jej łupina jest jednak aż tak twarda, że ja miałem trudności
z jej rozbiciem młotkiem. (Nie ma sznsy ze ktos moglby ja
rozlupac wlasnymi zebami, tak jak w Polsce czynimy to z
orzeszkami laskowymi.) Wewnątrz owej łupiny mieści się
"kernel" orzecha. Kernel ten ma wielkość i przybliżony smak
naszych orzechow laskowych. To właśnie z niego wyrabia się
wszystkie te wspaniałości jakie produkowane są z palm olejowych.
Obecnie obejmuje to już aż kilkaset najróżniejszych produktów
dla spożycia, kosmetyki, farmaceutyki, chemii, itp. Oczywiście,
najważniejszym z owych produktów jest "olej palmowy", który
my potem spożywamy w formie zdrowej, wysoce odzywczej, oraz
smakowitej "margaryny palmowej". Jeśli więc czytelnik
jada czasami margarynę palmową, jest niemal pewnym, że pochodzi
ona właśnie z kiści tropikalnych orzeszków palmowych pokazanych
na zdjęciu 2 (b).
Fot. 2: Ja (dr Jan Pająk)
sfotografowany na skraju plantacji palm olejowych. Począwszy od około lat
1970-tych, w Malezji można jechać całymi kilometrami przez lasy złożone
wyłącznie z owej palmy olejowej. Faktycznie lasy takich
plantacji palmy olejowej są w Malezji równie powszechne
i równie rozległe, jak lasy sosnowe są w Polsce.
Fot. 2(b): Odcięty z drzewa palmowego
i opadły na ziemię cały kiść dojrzałych owoców palmy olejowej.
Jak widać to z powyższego zdjęcia, wygląda on nieco podobnie
jak nasz kiść winogronowy. Kiść taki waży kilkanaście kilo
oraz zwykle jest długi na ponad pół metra. Składają się na
niego dosłownie setki małych orzeszków palmowych. Każdy
pojedyńczy taki orzeszek palmowy z owego kiścia jest
wielkosci i koloru naszej niebieskiej śliwki (takiej jeszcze
niezupełnie dojrzałej i częściowo czerwonej).
Fot. 3: Drzewo bananowe. Powyższe zdjęcie
nie tylko pokazuje jak wygląda pień i ogromne gładkie
liście owego drzewa, ale pokazuje również jak wygląda
kwiat bananowy (patrz ów fioletowy jakby stożek), a
także jak wyglądają pierścienie maleńkich bananów które
stopniowo wyrastają tuż za owym kwiatem w miarę jak
ten stozkowaty kwiat się wydłuża, pierścieniowo kwitnie,
oraz jest zapylany. (Odnotuj, że każde drzewo bananowe
kwitnie tylko jeden raz w życiu. Pokazany tutaj kwiat
bananowy NIE jest więc łatwy do zobaczenia w tropiku,
bowiem na każdym drzewie bananowym pojawi się tylko
jeden raz w okresie całego życia owego drzewa - zwykle
gdy drzewo to ciągle jest relatywnie młode.) Wiele składowych
drzewa bananowego używanych jest przez ludzi żyjących w tropiku.
Oczywiście najszerzej używane są tam smakowite, słodkie, oraz
wysoce pożywne banany, czyli owoce tego drzewa. Czasami ludzie
ścinają także kwiat tego drzewa i jedzą ten kwiat jak rodzaj
chrupkiego warzywa (po przyprawieniu robią z niego rodzaj sałatek).
Ogromne i gładkie liście bananowe używane są w tropiku zamiast talerzy.
Do dzisiaj w Malezji można zjeść w niektórych restauracjach, czasami
nawet wysoce ekskluzywnych, różne dania podawane na owych liściach
bananowych. Trzeba wówczas jednak pamiętać, ze dania te je się palcami.
Jak ja bowiem kiedyś przykro się przekonałem, jeśli ktoś użyje dla
tych dań noża lub widelca, ostrza tych stojadeł przebiją cienki
liść bananowy. W rezultacie egzotyczne sosy jakimi nasycone są te
dania spływają na spodnie owego niedoświadczonego, psując potem
cały wieczór (a czasami i całe ubranie).
W dawnych czasach wykorzystywano
także soki jakie krążą w pniu bananowym. Soki te są bowiem
piorunująco trujące. W krajach więc gdzie rosną banany używane są
one w takiej samej funkcji, jak słynna "kurara" z Amazonii.
Znaczy nasączane są nimi zatrute strzały, które po wystrzeleniu w
zwierzęta lub we wrogów natychmiast je zabijają. Aby było ciekawiej,
owe soki bananowe są trujące tylko jeśli dostają się do obiegu
krwionośnego. Jeśli zaś się je zje, soki żołądkowe je rozpuszczają
i nie czynią one żadnej szkody zjadającemu. Dlatego kiedyś były one
używane do zatruwania strzał używanych w polowaniu. Zabijały one
zwierzęta, które następnie mogły być bezpiecznie zjadane. Na temat
piorunującego efektu trującego bananowego soku, moi znajomi z
"Universiti Malaya" (School of Medicine) w Kuala Lumpur wykonali
kiedyś badania medyczne. Wyniki tych badań zostały opublikowane
w następującym artykule naukowym:
S.K. Lee, L.L. Ng, S.I. Lee: "Experiments with Banana Trunk Juice
as a neuromuscular blocker", The Australian Journal of Experimental
Biology and Medical Science, Vol. 58, 1980, pp. 591-594.
Wspominając tutaj o kurarze
z Amazonii, powinienem także wyjaśnić, że w Malezji rośnie
drzewo, którego soki po wygotowaniu produkują truciznę pokrewną owej
słynnej kurarze. Owa Malezyjska wersja kurary jest równie śmiertelna
jak oryginalna kurara pochodząca z dżungli tropikalnej Amazonii.
Produkowana jest ona z soków drzewa, które rośnie w dżunglach Malezji
i nazywa się "drzewo Ipoh" (odnotuj że nazwa "Ipoh" jest również nazwą
sporego miasta w Malezji - miasto to nazwano zostało właśnie po owym
drzewie, którego przy mieście Ipoh rosły kiedys duże ilości). Podobnie
jak to czynili krajowcy z Amazonii z oryginalną kurarą, również lokalni
myśliwi z dżungli Malezyjskiej nasycali kurarą z "drzewa Ipoh" maleńkie
strzały wystrzeliwane z dmuchawek. Jeśli zaś taka zatruta strzała
choćby drasnęła polowane zwierzę, zwierzę to natychmiast padało jakby
uderzone zostało piorunem.
W krajach tropikalnych drzewa
bananowe używane są także dla całego szeregu okultystycznych celów oraz
do magii. Zgodnie bowiem z wierzeniami, mają one ogromnie silnego ducha,
który porównywany jest do ducha ludzkiego. Zgodnie też z owymi wierzeniami,
duch drzew bananowych może podobno straszyć równie efektywnie jak duch
ludzki. Dlatego w tropiku zwykle wycina się te drzewa natychmiast po tym
jak zakończą one owocować - a owocują one tylko jeden raz w życiu. Chodzi
bowiem o to aby ich duchy nie czyniły ludziom problemów. Z popularnych
zastosowań okultystycznych, takie przeowocowane drzewa bananowe, obok
drzew zwanych "peepal tree", zwykle używane są w starożytnych (magicznych)
ceremoniach hinduistycznych zwanych "mock weddings". (Owe "mock
weddings" to rytualne śluby w których jednemu ze współmałżonków horoskopy
naznaczyły śmierć wkrótce po ślubie. Dlatego podczas takiego rytualnego
małżeństwa, owa śmierć jest magicznie przenoszona na drzewo. W rezultacie
drzewo umiera zamiast współmałżonka, podczas gdy współmałżonek jest
w stanie żyć aż do wieku starczego.) Opis owych "mock weddings" zawarłem
w podrozdziale I4.4 z tomu 5 monografii
[1/4].
Z kolei przykład prasowego potraktowania znanej indyjskiej aktorki filmowej
i byłej Miss Świata, niejakiej Aishwarya Rai, która właśnie "wyszła za drzewo",
opisany został w artykule "With this ring, I tree wed" (tj. "Z pomocą tego
pierścienia zawieram małżeństwo z drzewem"), ze strony B3 nowozelandzkiej gazety
The New Zealand Herald,
wydanie datowane w piątek (Friday), February 2, 2007. Jednym z zagadnień jakie
w owym artykule poruszono chociaż nie wyjaśniono tam dlaczego, było oskarżenie
wysunięte przez jakieś stowarzyszenie ochrony przyrody, że drzewo owo poddano
niezasłużonemu prześladowaniu.
Niemal każdy z nas zna banany.
W krajach tropikalnych są one jednym z najbardziej podstawowych
owoców. Istnieją tam też i zjadane są najróżniejsze odmiany
bananów, nie zaś tylko jedna odmiana "ekwadorska" którą kupić
można w sklepach Europy i Polski. Każda z owych odmian bananów
smakuje inaczej. Każdą z nich też je się w odmienny sposób i
w innych okolicznościach. Najszerzej znany sposób jedzenia
bananow jest tym jaki czesto pokazuja na starych filmach.
Polega on na jedzeniu bananow na surowo - jedynie po obraniu
ich ze skórki. (Odnotuj, ze na owych starych filmach skorka
z banana porzucana jest na chodniku, tak aby filmowy "czarny
charakter" mogl sie potem na niej poslizgnąc.) W krajach
tropikalnych z rejonu Pacyfiku w taki sposob "na surowo" zjada
się tylko dwie odmiany bananów. Odmiany te to: (1) średniej
wielkości (tzw. "zielone") banany ekwadorskie, jakie typowo
kupić sobie można w sklepach Europy i Polski, a także (2)
miniaturowe (tzw. "żółte") banany miejscowe z wysp pacyfiku.
"Zielone" banany ekwadorskie mają miąsz biały i są
raczej pozbawione smaku. Z kolei owe "żółte" miniaturowe banany
wysp pacyfiku mają miąsz zółto-pomarańczowy, są bardzo słodkie,
oraz posiadają silny, chociaż przyjemny smak bananowy (tj.
ich smak jest kilka razy silniejszy niż smak bananów ekwadorskich).
Pozostałe odmiany bananów, a jest ich aż cały szereg, zjada
się głównie po upieczeniu lub po ugotowaniu.
Niezależnie od jedzenia
bananów na surowo, te ogromnie popularne owoce jedzone są w wielu
innych postaciach. Ja osobiście najbardziej lubię dwie z nich,
mianowicie "banana milk shake" (tj. koktail bananowy), oraz
"banana fritters" (tj. fryty bananowe). "Banana milk shake"
to ogromnie smaczny koktail bananowy, otrzymywany po rozdrobnieniu
w mikserze kuchennym jednego owocu bananowego razem z około pół
litra mleka dosłodzonego do smaku (tj. z dodanymi ok. 2 łyżkami
stołowymi cukru). Z kolei "fryty bananowe" to rodzaj deseru
bardzo popularnego w ekskluzywnych tropikalnych restauracjach.
Wykonywany jest on poprzez zanurzenie obranego ze skórki owocu
bananowego w rzadkim cieście identycznym do tego które w Polsce
używane jest do pieczenia naleśników, oraz następnym wrzuceniem
tego oblepionego ciastem banana do gotującego się oleju. Z oleju
wyjmuje się go natychmiast po tym gdy wierzchnia warstwa ciasta
nabierze złocistego koloru - takiego jak mają nasze dobrze upieczone
"frytki" ziemniaczane. Fryty bananowe je się na gorąco wraz z
lodami waniliowymi (jedna porcja lodów na każdą frytę). Przed
jedzeniem fryty te polewa się dodatkowo płynnym syropem karmelowym.
Smakują wspaniale - radzę spróbować.
Mieszkańcy tropikalnych
krajów stwierdzają jednak, że bananów nie powinno się jeść jeśli
ma się kaszel lub katar. Intensyfikują one bowiem wytwarzanie
"śluzu" w gardle, oraz nasilają kaszel lub kichanie. W bardzo podobny
zresztą sposób działają "pomarańcze", których również
nie powinno się jeść w przypadku posiadania kaszlu lub kataru.
Irytują one bowiem płuca, oskrzela i nos, a stąd pobudzają
kaszel i kichanie.
Wszystkie odmiany bananów
mają cechę regulowania i rozwalniania produktów układu trawiennego.
Działają więc nieco odwrotnie do owoców "persimon" opisanych
w punkcie 20 poniżej. (Wszakże persimony powodują zestalanie się
kupy.) Są one przy tym łagodniejsze i bezpieczniejsze
od nowoczesnych medykamentów. Na dodatek są one "naturalnym"
środkiem rozmiękczającym kupę. Odwrotnie więc niż nowoczesne
medykamenty, nie powodują one żadnych niepożądanych skutków
ubocznych. Stąd do dzisiaj często używane są one przez
niektóre matki, jeśli ich dziecko dostaje zatwardzenia.
W przeszłości, jeśli ktoś dostawał zatwardzenia, wówczas
zwykle objadał się bananami.
W tropikalnej Malezji
rośnie zresztą wiele więcej owoców, które podobnie do bananów
posiadają zdolność rozmiekszania kupy i przeczyszczania ludzkiego
ustroju. Przykladem kolejnego takiego owocu (po bananach) jest
"mango" opisane w punkcie 13 ponizej. Najbardziej jednak słynnymi
z owych przeczyszczajacych owocow są: (1) dziki owoc z dżungli,
Malezji zwany "jering", oraz (2) jeszcze jeden dziki owoc z dźungli,
zwany "petai". Oba one mają tą cechę, że jeśli zje się któryś
z nich na surowo, wówczas dodatkowo przeczyszcza on rowniez
pęcherz moczony. Jeśli jednak zje się je oba naraz, wówczas
ich polaczone działanie jest tak potężne, że całkowicie blokują
one oddawanie moczu. Dlatego folklor ludowy Malezji zabrania
jedzenie ich obu naraz.
Pod względem energii
"yang" i "yin", banany zależnie od swej odmiany przynależą
aż do kilku kategorii. Przykładowo, żółte banany pacyfiku
reprezentują rzadki rodzaj owocu "neutralnego", tj. takiego
który nie jest ani "yang" ani też "yin". Można go więc jeść
bez przeszkód w dowolnych ilościach i nie trzeba martwić się
jak potem zbalansować jego energię. W obszarze pacyfiku nazywają
je żółtymi bananami, ponieważ ich miąsz jest żółtego koloru.
Z kolei zielone banany (ekwadorskie) są kategorii "yin" czyli
"chłodzącej". W obszarze pacyfiku ludzie nazywają je "zielonymi
bananami", ponieważ przed dojrzeniem ich wierzchnia skórka jest
zielonego koloru (po dojrzeniu, skórka ta staje się niemal tak
samo żółta jak skórka miniaturowych (żółtych) bananów pacyfiku).
Malezyjski "durian" jest
oficjalnie uznawany za "najsmaczniejszy owoc świata". W Malezji
nazywają go także królem owoców.
Durian jest owocem wielkości
głowy ludzkiej. Jego wygląd zewnętrzny przypomina z grubsza widok zielonej,
kolczastej łuski naszego niedojrzałego kasztana. Podobnie też jak łuska
kasztana daje się rozszczepić na dwa czy trzy segmenty, również skorupa
duriana rozszczepia się na trzy do sześciu segmentów. W każdym takim
segmencie zawarty jest jakby nasz kasztan, otoczony papkowatą żółtawą
substancją, o konsystencji podobnej do naszych lodów jadalnych. Je się
właśnie ową papkowatą substancję. Ma ona wspaniały, słodkawy, niebiański
smak. Jednak smaku tego nie daje się opisać, z prostej przyczyny że nie
istnieje już nic innego co miałoby podobny smak, a stąd do czego smak
duriana dałoby się porównać.
Oprócz wprost niebiańskiego smaku,
durian ma także to do siebie, że okropnie on śmierdzi. Jego smród jest tak
silny, że większość hoteli i linii lotniczych z krajów tropikalnych zabrania
wnoszenia tego owocu na ich teren. Dla nienawykłych do niego ludzi, smród duriana
jest tak okropny, że zwykle nie mogą się zmusić aby włożyć go do ust. Jeśli
jednak ktoś się przełamie w sobie i spróbuje tego niebiańskiego owocu, jego
smak jest tak doskonały, że potem smród ten przestaje przeszkadzać. Faktycznie
też z czasem człowiek się do niego przyzwyczaja. Smród ten nie jest zresztą
wcale taki nieprzyjemny - podobnie jak smród naszego czosnku. Tyle tylko, że
jest on okropnie silny. Właśnie z powodu tego silnego smrodu, różni pisarze
przyrównują zjadanie duriana do delektowania się najsmaczniejszym kremem świata
w publicznej toalecie. Inni zaś opisują odczucia przy jedzeniu duriana jako
podobne do zjadania lodów czosnkowych (rozumianego w sensie intensywnosci
doznań zapachowych, a nie smakowych, jako że smak duriana nie ma nic wspólnego
ze smakiem czosnku, podobnie zreszta zapach duriana nie ma nic wspolnego
z zapachem czosnku). Ja uwielbiam jedzenie tego owocu. Osobiście też wiem
że żadne opisy nie są w stanie oddać wrażeń doznawanych podczas jego jedzenia.
Duriana trzeba po prostu samemu spróbować.
Ze sprawą smrodu duriana wiąże się
także dosyć ciekawe zjawisko wygaszania tego smrodu. Jak się okazuje, aby silny
zapach duriana nie roznosił się po dżungli i nie przyciągał do niego zbyt wielu
zwierząt, skorupka duriana wytwarza jakiś enzym ktory chemicznie eliminuje
całkowicie ten zapach. Po objedzeniu się więc durianem, wystarczy potem napić
się wody jaką uprzednio trzeba wlać na chwilkę do skorupki tego owocu i zamieszać.
(Wodę tą pije się wprost ze skorupki duriana.) Natychmiast po jej wypiciu
durian przestaje w nas śmierdzieć. Możemy tylko pomarzyc aby podobnie było
z zapachem czosnku, tj. aby wystarczyło się napić wody ze skorupki czosnkowej
by spowodować że zapach czosnku całkowicie w nas zaniknął.
W Nowej Zelandii istnieje rodzaj
smacznego ptaka morskiego wielkości małej kury, nazywanego tam "mutton bird"
(czyli "ptak owca" - podobno wytwarza on w locie rodzaj "beczenia" jak owca).
Zapach owego ptaka jest równie silny jak zapach duriana, tyle że ptak ten śmierdzi
rybami, zaś zapachu duriana nie daje się do niczego przyrównać. Zapach owego
"mutton bird" jest tak silny, że miejscowi żartują iż wokół niego ze smrodu
nawet muchy zdychaja w locie. Ptaka tego można nabyć (już ugotowanego) w sklepach
rybnych w południowej części Nowej Zelandii, np. w Invercargill gdzie ja kiedyś
mieszkałem. Kiedy wyemigrowałem do Nowej Zelandii nie wiedziałem jednak, że
ptak ten śmierdzi aż tak okropnie. Kupiłem więc go sobie aby spróbować jak smakuje
i przyniosłem do swojego mieszkania aby tam go zjeść. Chociaż zjadłem go natychmiast
(w sklepach rybnych z Invercargill sprzedają go ugotowanego, gorącego, razem
z frytkami, tak że jest on gotowy do jedzenia) w przeciągu około 10 minut jakie
mi to jedzenie zajęło, moje mieszkanie tak przesiąknęło jego ciężkim zapachem
rybnym, że potem przez wiele miesięcy nie byłem w stanie zapachu tego się
pozbyć. Ow "mutton bird" także smakuje wyśmienicie, kiedykolwiek więc miałem
okazję kupowałem sobie jednego do zjedzenia. Tyle że już potem zawsze jadłem
go w parku na ławce. (Niestety, nie można go dostać na północy Nowej Zelandii,
gdzie obecnie mieszkam.) Tak więc tam nawykłem do jedzenia wysoce śmierdzących
smakołyków, że kiedy w Malezji po raz pierwszy próbowałem duriana, jego zapach
nie robił na mnie już niemal żadnego wrażenia.
Po wzgędem zawartej w
sobie energii, "durian" należy do owoców silnie "rozpalających".
Chińczycy zalecają umiarkowanie w jego jedzeniu. Należy też zadbać
aby zjedzenie owoców duriana zaraz potem zneutralizować zjedzeniem
czegoś silnie "chłodzącego", np. równej ilości owoców "mangosteen".
Fot. 4: Stragan z oficjalnie najsmaczniejszymi
owocami świata, czyli malezyjskim "durianem". Zdjęcie ze stycznia 2004 roku.
Durian często zwany jest też "królem owoców". Faktycznie nie istnieje
inny owoc na świecie, którego smak byłby tak samo sławny, jak ów
powyższego duriana z Malezji. Pamiętać jednak należy, że oprócz Malezji,
owoce duriana rosną także w kilku innych lokacjach, np. w Tailandii czy
w Australii. Pechowo jednak tak jakoś się składa, że w przeciwieństwie do
owoców z Polski, wszystkie owoce tropikalne drastycznie zmieniają smak
jeśli tylko wyrosną w innych okolicach. Dlatego inne niż malezyjskie
odmiany duriana nie są już tak smaczne jak słynny durian malezyjski
(niektóre z nich mogą nawet smakować wręcz okropnie). Przykładowo ja
osobiście tak rozczarowałem się do smaku odmiany tailandzkiej duriana,
że po kilku próbach obecnie całkowicie zaprzestałem kupowania tej odmiany
- uważam jej zakup za wyrzucanie pieniędzy. Dlatego jeśli ktoś zdecyduje
się spróbować smaku duriana, gorąco zalecam aby przy pierwszej próbie był
to obowiązkowo durian właśnie z Malezji - pokazany powyżej oraz na zdjęciu
4 (b). Osobiście gwarantuję, że jego smak nikogo nie rozczaruje. Inne zaś
odmiany duriana, np. tailandzką lub australijską, można próbować dopiero
po tym jak już się wie jak durian powinien smakować.
Fot. 4 (b): Oto jak ja (dr Jan Pajak) wyglądam
kiedy opycham się owocami malezyjskiego "duriana", czyli oficjalnie
najsmaczniejszego owocu świata. Oczywiście, gdybym samemu zjadł tyle
duriana jak to widoczne z liczby skorupek pokazanych na powyższym
zdjęciu, prawdopodobnie nie mógłbym spać przez całą noc, zaś energia
tego owocu wynosiłaby mnie na dachy pobliskich budynków. Owoc ten
posiada bowiem ogromnie dużo męskiej energii "yang", która po jego
zjedzeniu dosłownie rozsadza jedzącego. Energia ta ma już tak utartą
opinię wśród miejscowych, że jeśli filigranowe i ogromnie kształtne kobietki
malezyjskie zobaczą jakiegoś mężczyznę objadającego się durianem,
wówczas zaczynają otwarcie chichotać, wyobrażając sobie zapewne co
się stanie wkrótce potem.
Owoc duriana jest
afrodyzjakiem. Działa on bardzo podobnie jak pigułki "viagra".
W Malezji na jego temat panuje nawet rodzaj ludowego przekonania,
że jeśli kobieta zacznie karmić owocem duriana swojego mężczyznę,
wówczas ma ona coś frywolnego na myśli. Owoc ten posiada w sobie
tak dużo energii, że po zjedzeniu kilku jego segmentów trzeba zapomnieć
o spaniu - po prostu ich energia roznosiła nas będzie przez całą noc.
Chyba że męską energię "yang" duriana, zneutralizuje się zjedzeniem
równej ilości żenskiej energii "yin" zawartej np. w owocu "mangosteen".
Durian jest również słynny ze swojego
braku tolerancji dla alkoholików. Jeśli bowiem zje się duriana, nie wolno pić
żadnegto alkoholu, oraz wice wersa. W przypadku gdy ktoś nie wykaże respektu
dla antyalkoholowej skłonności tego owocu i np. po zjedzeniu duriana napije
się piwa, lub np. po wypiciu wódki zje duriana, wówczas ma gwarancję pełnej
przygód najbliższej przyszłości. W najmniej bowiem intensywnym przypadku durian
spowoduje u niego silne wymioty jakie niemal wyrzucą jego wnętrzności podszewską
na wierzch i odwodnią mu organizm. W silnych zaś przypadkach, po wymiotach
pojawi się ból gardła podobny do tego jaki ludzie o nadwyżce rozpalającej
energii "yang" w ich organizmach doznają po zjedzeniu smażonych potraw
(czyli potraw także przesyconych rozpalającą energią "yang").
Czy istnieje związek pomiedzy durianem
a moją rodzinną wioską zwaną
Wszewilki
- ktorej strona internetowa jest dostępna poprzez "Menu 2"?
Tak istnieje! Kiedy jako młody chłopiec biegałem kiedyś po
Wszewilkach, marzyłem wówczas że gdy dorosnę polecę do dalekich krajów
aby objadać się tam takimi egzotycznymi owocami jak właśnie durian.
Tajemnicza moc zawarta we Wszewilkach i w położonym koło tej wioski
"czakramie ziemi", spowodowała też że tak jak wszystkie inne silne
marzenia z Wszewilek, również i to zostało urzeczywistnione. Objadam się
więc teraz nie tylko durianem, ale i wieloma innymi egzotycznymi owocami
tropikalnymi, jakie ilustruję i opisuję na niniejszej stronie internetowej.
(Tak na marginesie, to proponuję odnotować z opisów
Wszewilek,
że owa wieś, czy też zlokalizowany w jej pobliżu czakram energetyczny Ziemi,
posiada jakąś tajemniczą moc urzeczywistniania wszystkich silnych marzeń.
Wszewilki urzeczywistniły bowiem nie tylko moje marzenia, ale również
silne marzenia wszystkich tych którzy na jakimś etapie swojego życia
mieszkali w owej wsi, lub którzy chociaż odwiedzili Wszewilki aby wyzwolić
w owej niezwykłej wsi zrealizowanie jakichś swoich silnych marzeń.)
Fot. 5: Dwa owoce "mangosteen" pokazane w zbliżeniu.
Owoce te w sensie zawartości energetycznej reprezentują
przeciwieństwo "duriana" (tj. durian zawiera męską energię "yang",
podczas gdy mangosteen zawierają żeńską energię "yin". Dlatego
jeśli ktoś po zjedzeniu duriana ciągle chce spać w nocy, musi
zneutralizowac męską energię duriana poprzez zjedzenie
podobnej ilości owoców mangosteen. Mangosteen są także
rekomendowane do jedzenia w celu zbanasowania codziennego
poboru męskiej energii "yang" która zawarta jest w dużych
ilościach w większości potraw i napojów, jakie w dzisiejszych
czasach są typowo zjadane przez nas na codzień.
Odnotuj że owoce
"mangosteen" pokazane są również na zdjęciu 20.
* * *
Po wzgędem zawartej
w sobie energii, "mangosteen" należą do owoców silnie "chłodzących"
("yin"). W dawnych czasach Chińczycy zalecali umiarkowanie w ich
jedzeniu. Zalecali także, aby ich zjedzenie neutralizować zjedzeniem
czegoś "rozpalającego" - szczególnie jeśli jedząca osoba jest
kobietą. Jednak w dzisiejszych czasach nadmiernego objadania
sie przez ludzi jadłodajniową żywnoscią o "rozpalającym"
charakterze, to stare zalecenie wcale nie musi być już
tak pedantycznie przestrzegane - jak to wyjaśniłem we
wstępie do tej strony.
Tropikalne owoce "mangosteen" mają bardzo
ciekawy smak i interesujące własności. Są one jednymi z tych tropikalnych
owoców których spróbowania każdemu bym gorąco rekomendował.
Owoce mangosteen są wielkości naszego
typowego jabłka. Jednak widoczna na zdjęciu ich fioletowo-brązowa skorupka zewnętrzna
jest gruba na jakieś 5 mm (czyli jak gruba skórka pomarańczowa). Po obraniu
z tej grubej skorupki pozostaje z nich białe jądro wielkości gołębiego jajka.
Jądro to jest jadalne. Składa się ono z małych segmencików, podobnie jak owoc
mandarynki. Każdy sagmencik zawiera w środku zielone, miękkie, niejadalne
ziarenko wielkości grochu, które po rozgryzieniu daje dosyć nieprzyjemny smak
niedojrzałej fasoli.
Owoc ten trzeba więc jeść ostrożnie, aby nie rozgryźć owych zielonych ziarenek.
Mangosteen ma cierpko-słodki smak, nieco podobny do smaku mandarynek, chociaż
znacznie przyjemniejszy i bardziej orzeźwiający. Smakuje wyśmienicie. Jeśli
ktoś wybiera się do tropikalnych krajów, gorąco polecam spróbowanie również
i tego owocu. Pamiętać jadnak należy aby kupić go dużo, bowiem z jednego kilo
tych owoców, po obraniu zostaje nam do jedzenia zaledwie garść ich jadalnych
jąderek.
Podczas obierania i jedzenia mangosteen
trzeba pamiętać o jednej ich nieprzyjemnej cesze. Mianowicie ich sok. Na przekór
że jest on biały, po spryskaniu na odzież posiada on zdolności trwałego brązowego
barwnika. Niczym go też potem nie daje się już zmyć ani wywabić. Dlatego owoc ten
trzeba obierać i jeść bardzo ostrożnie, aby nie poplamić sobie ubrania jego sokiem.
Plamy te zostaną bowiem już na zawsze.
Owoc w Malezji nazywany
"papaya" jest jednym z najczęściej jedzonych tam owoców. Zwykle
ma on ksztalt i wyglad zewnetrzny przejrzalego europejskiego
ogorka (tj. ogorka trzymanego na polu az do jesieni na nasiona).
Typowo jednak papaya jest znacznie wieksza od ogorka. Najmniejsze
owoce papaya sa zwykle tak duze jak najwieksze europejskie ogorki.
Ciekawostką owoców papaya są owe
czarne nasiona znajdujące się w środku, jakie wyglądają jak nasiona polskiej
czeremchy. Normalnie nasion tych się nie zjada, a starannie je się usuwa z
owocu tuż przed jedzeniem. (Nabawiają one bowiem jedzącego dosyć nieprzyjemnych
sensacji żołądkowych.) Jeśli jednak tropikalna dziewczyna przypadkowo zaszła
kiedyś w niechcianą ciążę, wówczas opychała się właśnie owymi czarnymi nasionami
z papaya. Nasiona te zawierają bowiem w sobie jakieś składniki, które sprawiają że
po ich zjedzeniu ciężarne kobiety muszą poronić swoją ciążę. W dawnych czasach
owoce papaya zastępowały więc dzisiejsze "skrobanki" i medyczne przerywanie ciąży.
Obecnie jednak coraz rzadziej używane są owe "ludowe remedie", zaś kobiety w
tropiku przerywają ciążę w taki sam sposób jak kobiety Europejskie, czyli
poprzez udanie się do odpowiedniego szpitala.
Jeden z lekarzy Malezyjskich z jakim
dyskutowałem ową zdolność nasion papaya do przerywania ciąży, twierdził że
nasiona te zawierają związki chemiczne z grupy po angielsku nazywanej
"prostaglandins". Związki te używane są w medycynie właśnie do powodowania
skurczów womb'a (uterus'a). Stąd są one w stanie spowodować poronienie.
Powyższe warto uzupełnić informacją,
że zdolność do powodowania porzucania ciąży posiadają także niedojrzałe i bardzo
kwaśne ananasy. Dlatego kobiety chcące przerwać niechcianą ciążę w przeszłości
czasami objadały się także zielonymi i kwaśnymi ananasami.
Skoro już mowa o ciężarnych kobietach,
to warto tutaj nadmnienić, że podczas stanu ciężarnego kobiety te kiedyś miewały
słynne tzw. "zachcianki" (po angielsku "cravings"). Interesującym dla owych
"zachcianek" zdawało się być, że takim ciężarnym kobietom zawsze się "zachciewało"
coś do zjedzenia, co było niby pospolite czy banalne, jednak w danym momencie czy
sytuacji było ogromnie trudne do zdobycia. Przykładowo, typową zachcianką polskich kobiet
zwykł być niepokonalny smak w środku zimy na zjedzenie świeżych poziomek w śmietanie.
Z kolei typowym "crawing" kobiet z Nowej Zelandii, zwykło być zjedzenie śledzia.
("Śledzie", na przekór swojej rzekomej pospolitości, są rybą która żyje w morzach
północnych. Stąd kiedyś była ona ogromnie trudna do zdobycia w Nowej Zelandii
położonej na południowym krańcu świata.) Otóż typową "zachcianką" ciężarnych
kobiet z tropikalnej Malezji, są owoce lokalnie nazywane "salak". Jak się okazuje,
owoce te wcale NIE mają ani interesującego smaku, ani cennych wartości odżywczych
czy cech. Jedyne co mają one do siebie, to że są bardzo trudne do zdobycia.
Fot. 6: Przecięty na połowę i ułożony na talerzu
tropikalny owoc w Malezji nazywany "papaya", w innych zaś regionach świata
zwany "paw-paw". (Odnotuj że słowo "paw" w języku angielskim zwykle oznacza
szponiasta "łapka" - szczególnie taka jaką mają koty. Z powodu owej dwuznaczności
słowa "paw", istnieje nawet angielskojęzyczny dowcip dla dzieci na temat owocu
"paw-paw". Dowcip ten zapytuje: "what is a paw-paw" - tj. "czym jest paw-paw"?
Odpowiedź powinna być: "the end of a leg-leg in a cat-cat" - tj. "koniec nogi-nogi
u kota-kota".)
Papaya jest faktycznie najtańszym
owocem tropikalnych krajów, chociaż jednocześnie jest bardzo smaczny.
Jego taniość wynika z faktu, że w przeciwieństwie do innych owoców,
faktycznie jest on owocem z rodzaju jakby gigantycznego warzywa a nie z drzewa. Je się w nim ów czerwony miąsz
pod jego twardą skórą. Smak owoców papaya nieco przypomina mi smak naszej
słodkiej marchewki upieczonej na otwartym ogniu.
* * *
Sok z owoców papaya używany jest także
w celach kosmetycznych. Wykazuje on bowiem zdolności do wybielania skóry. Stąd
tropikalne piękności które pomimo częstego wystawiania się na działanie silnego
słońca pragną posiadać białą skórę, zmywają się właśnie sokiem z papaya, lub
używają mydła zawierającego sok owocu papaya.
Po wzgędem zawartej w sobie
energii, "papaya" należy do owoców "neutralnych". Chińczycy
twierdzą, że można zjadać dowolne jego ilości i to bez żadnych
niekorzystnych następstw.
Fot. 7: Tropikalny owoc (z rodziny "grapefruit")
w Malezji nazywany "pomelo".
Pomelo jest to ogromny owoc.
Jego wielkość przekracza wielkość głowy ludzkiej. Owoc ten należy
do tej samej rodziny co "grapefruit". Jest jednak od niego słodszy.
W środku wygląda on nieco podobnie do gigantycznej cytryny, w której
błony pomiędzy poszczególnymi segmentami są grube jak pasek i nie
dają się przegryźć. Przed jedzeniem trzeba owoc ten najpierw poobierać
ze skóry i błon międzysegmentowych. Pozostająca ziarnista struktura
jest jadalna, o słodko-gorzkim smaku. W środku zawiera ona gorzkie pestki
podobne do gigantycznych pestek cytryny - które nie nadają się do jedzenia.
Jak każdy inny owoc tropikalny, także smak "pomelo" drastycznie zależy od miejsca
w jakim on wyrósł. Najsmaczniejsze "pomelo" rosną w okolicach malezyjskiego
miasta Ipoh. (Tj. tego samego "Ipoh" które zostało tak nazwane po drzewie
"Ipoh" z jakiego produkowana jest odmiana trucizny "kurara" używana w regionie
Pacyfiku.) Jeśli więc ktoś będzie w Malezji, zalecam aby po raz pierwszy
w życiu spróbował właśnie "pomelo" z Ipoh. Tylko bowiem tamtejsze owoce
smakują naprawdę wyśmienicie. Dopiero kiedy wie już się jak naprawdę powinny
one smakować, można je też spróbować z innych okolic.
Po wzgędem zawartej w sobie
energii, "pomelo" należy do owoców "neutralnych". Chińczycy
twierdzą, że można zjadać dowolne jego ilości i to beż żadnych
niekorzystnych następstw.
Owoc "chempedak" należy do
grupy najsmaczniejszych owoców tropikalnych. Gorąco zalecam jego
spróbowanie.
Owoc ten jest relatywnie duży.
Faktycznie to pokazany na powyższym zdjęciu jest jednym z najmniejszych
jakie dotychczas spotkałem, a ciągle wystaje on poza granice dużego
talerza na owoce. W normalnym przypadku owoc ten ma długość ponad pół
metra, zaś jego średnica może przekraczać 30 cm. Po otwarciu wygląda w
środku jak duża kiszka wypchana mokrymi trocinami, w których to trocinach
co jakiś czas pochowane są jadalne "kasztany". Każdy taki jadalny owoc
faktycznie wygląda jak biały niedojrzały kasztan, tyle że na zewnątrz
otoczony jest jadalnym, włóknistym miąszem brązowego koloru. Ową miękką,
jadalną część obgryza się od owego niby kasztana, zaś sam niejadalny
kasztan po prostu wyrzuca. Smak owocu jest unikalny i nie daje się
porównać do niczego innego. Jest on słodki i egzotyczny. Smakuje
wyśmienicie i dosłownie rozpływa się w ustach. Smakuje tak doskonale,
że kiedy ja zaczynam go jeść, wówczas bez względu jak dużo by go
nie było, nie jestem w stanie zakończyć jedzenia aż cały zostanie
zjedzony. Owoc ten jest niemal bezwonny, z jedynie lekkim aromatem
o słodkawym zapachu unikalnym dla niego i trudnym do opisania.
Po wzgędem zawartej w sobie
energii "champedak" należy do owoców "mokro-rozpalających". Chińczycy
zalecają umiarkowanie w jego jedzeniu, które faktycznie warto przestrzegać.
Należy też zadbać aby ich zjedzenie neutralizować natychmiastowym
zjedzeniem czegoś "chłodzącego".
Fot. 8: Tropikalny owoc zwany "chempedak".
Podobnie jak w przypadku duriana, oraz innych owoców
tropikalnych, smak tego owocu silnie zależy od miejsca
gdzie on wyrasta. Najsmaczniejsze "chempedak" rosną
w Malezji w okolicach "Genting Highland" i "Malacca".
Jednak owe najsmaczniejsze są ogromnie trudne do
zdobycia i trzeba mieć dobre znajomości aby móc
kupić sobie jeden z nich. Jednak ich smak jest warty
zachodu, bowiem dosłownie rozpływają się one w ustach.
Niestety, te same owoce ale wyrosłe w innych regionach
mają już przeciętny smak i nie dają się nawet porównać
do tych najsmaczniejszych.
Fot. 8 (b): Owocnik tropikalnego owocu zwanego "chempedak"
już po otwarciu. Widoczne są jego jadalne części (owoce) zawarte w środku.
Fot. 8 (c): Owoce tropikalnego drzewa "chempedak"
już po wyjęciu z owocnika i podane na talerzu w formie gotowej
do jedzenia.
Fot. 9: Targowisko w Malezji z mieszaniną owoców
"chempedak" z innymi nieco podobnymi tropikalnymi owocami
zwanymi "nangka" albo "jackfruit". ("Nangka" jest nazwą tego
owocu w języku Malejów, natomiast "jackfruit" jest angielską
nazwą tego samego owocu.) Właściwie to oba owoce są bardzo
do siebie podobne zarówno zewnętrznie i wewnętrznie, zaś
normalny Europejczyk zwykle nie potrafi ich od siebie odróżnić.
("Chempedak" mają jakby niewielkie, tępe kolce, natomiast
"nangka" albo "jackfruit" mają skóre gładką bez kolców,
chociaż też wyglądająca jak skórka węża. Z kolei miąsz
pierwszych jest brązowawy, podczas gdy drugich - pomarańczowy.)
Po otwarciu owoce
"jackfruit" wyglądają niemal identycznie jak owoce "chempedak"
pokazane na zdjęciach 8 (b) i 8 (c). Jedyna różnica w wyglądzie
to ich pomarańczowy kolor. Jednak różnica w smaku jest zasadnicza.
* * *
Po wzgędem zawartej w sobie
energii "jackfruit" należą do owoców "mokro-rozpalających". Chińczycy
zalecają umiarkowanie w ich jedzeniu. Należy też zadbać aby
ich zjedzenie neutralizować natychmiastowym zjedzeniem czegoś
"chłodzącego".
Owoce "jackfruit" są relatywnie
podobne do owoców "chempedak". Są jednak od nich mniej smaczne, chociaż
tańsze i bardziej pospolite. W Malezji można je kupić praktycznie
wszędzie, tj. na targowiskach, w supermaketach, a także już usmażone
na przydrożnych straganach. Miąsz "jackfruit" jest pomarańczowy (podczas
gdy miąsz "chempedak" jest brązowawy).
Owoce "nangka" albo "jackfruit" mają
przeciętny smak, chociaż dosyć przyjemny i ja osobiście je lubię zjadać. Smakują
one jednak zupełnie odmiennie niż "chempedak" (tj. nieporównanie mniej ciekawie).
Ich cechą jest też, że są bardzo ciężko-strawne, zaś po zjedzeniu zalegają w
żołądku całymi dniami jakby ktoś najadł się cegieł. W Malezji można je dostać
praktycznie na każdym straganie, nie ma więc trudności w ich spróbowaniu.
Trzeba jednak uważać aby jeść je natychmiast po wyjęciu z kokona, bowiem
potem szybko się psują - dla Europejczyka zaś zjedzenie takiego zepsutego/starego
owocu zwykle oznacza zatrucie pokarmowe oraz konieczność spędzenia reszty
wakacji w toalecie (jak to opisałem w punkcie 21 poniżej).
Z tego co pamiętam, to typowo
w Europie bardzo rzadko zjadamy owoce w formie innej niż na surowo.
Oprócz używania ich do sporządzania zup, kompotów, marmolad i dżemów,
oraz jako wypełnienia do najróżniejszych ciast, tylko jabłka czasami
zjada się po po uprzednim ich upieczeniu w rodzaju jakby naleśnika.
Czasami też harcerze pieką sobie marchew nad ogniskiem. Tymczasem
w krajach tropikalnych, niezależnie od jedzenia opisanych tu owoców
na surowo, oraz niezależnie od ich używania do takich samych celów
jak w Europie, niemal wszystkie owoce zjada się tam także po ich
uprzednim ugotowaniu lub pieczeniu. Jednym z takich owoców często
zjadanych po upieczeniu, jest opisywany tutaj "jackfruit" - jadany
tam w wielu najróżniejszych formach. W Malezji można go np. kupić
na straganach obtoczony w mące i upieczony w oleju jak nasze frytki.
Smakuje wówczas wyśmienicie. Podobnie obtoczone w mące i upieczone jak
frytki sprzedawane są tam najróżniejsze odmiany bananów i kilku innych
opisanych tutaj owoców.
Owoc ten
jest kwaśno-słodki. Ja osobiście nieszczególnie go lubię, ponieważ dla
mnie jest zbyt kwaśny. Jednak mój brat, który lubi kwaśne owoce, zawsze
się nim zachwyca. Na szczęście, jego słodkość kompensuje poczucie kwaśności,
tak że ja także jestem w stanie go jeść, chociaż za nim nie przepadam.
Jada się go po pokrojeniu na grube listki, wyjadając łyżeczką papkowatą,
wodnistą zawartość wypełniającą jego wnętrze. Jadalna jest cała zawartość
w środku, za wyjątkiem zielonej skórki. Zawartość ta ma konsystencję
białego budyniu, tyle że budyń nigdy nie jest kwaśno-słodki, zaś ów owoc
jest - i to mocno.
Po wzgędem zawartej
w sobie energii, "soursop" należy do owoców "neutralnych".
Chińczycy twierdzą, że można objadać się nim do woli.
Fot. 10: Stragan z tropikalnym owocem
zwanym "soursop". Owoc ten jest ulubionym owocem tropikalnym mojego
brata. Brat go wprost uwielbia. Ma on bardzo silny kwaśno-słodki
smak. Ja zaś nie bardzo za nim przepadam, chociaż nie mam nic
przeciwko jego jedzeniu.
* * *
Swoją drogą jest ogromnie
ciekawe dlaczego dwaj bracia, którzy powinni mieć taką samą
kompozycję genetyczną, oraz którzy oboje wychowani zostali
w tych samych warunkach środowiskowych i na tych samych
potrawach swojej matki, mają tak odmienne preferencje smakowe.
Wszakże zgodnie z wszelkimi teoriami dzisiejszej nauki oboje
z bratem powinniśmy albo lubieć, albo też oboje nie lubieć, ten
owoc.
Fot. 10 (b): Pojedyńczy owoc "soursop".
Fot. 11: Nieopisanie słodki owoc tropikalny obecnie nazywany
"ciku", zaś dawniej pisany "chiku".
W górze zdjęcia pokazano jeden cały owoc, zaś poniżej owoc przecięty
wzdłużnie na połowę z jedną połówką przeciętą poprzecznie. Owoc ten
jest nieco podłużny jak miniaturowa piłka do rugby. Jego wielkość jest
zbliżona do owocu "kiwi", owocu "passion fruit", lub do średniej wielkości
gruszki (tzw. "ulęgałki"). Zawarty w środku miąsz jest soczysty o brązowym
kolorze, wyglądając jak syrop lub miód. Klei się też od słodkości. Owoc
zawiera też czarne, podłużne, twarde, niejadalne pestki (jedna z nich widoczna
na zdjęciu) wyglądające jak czarne pestki z dyni.
Owoc "ciku" (dawniejsza pisownia
jego nazwy brzmiała "chiku") jest wielkości wszystkim zapewne znanego owocu
"kiwi", albo średniej wielkości gruszki. Jest on ogromnie słodki. Jego słodkość
jest aż tak silna, że ja osobiście nie jestem w stanie go jeść - dla mnie jest on
bowiem zbyt słodki. Faktycznie podczas jedzenia jego słodkość aż szczypie
w ustach - w podobny sposób jak szypie też w ustach nadmierna słodkość
niektórych odmian tureckich słodyczy. Jednak miejscowi ludzie, którzy od
dzieciństwa są nawykli do tej nieopisanej słodkości, uwielbiają jego smak.
Ma on też dosyć silny smak jakby dzikiego owocu. Do smaku tego trzeba
więc przywyknąć aby zacząć owoc ten lubieć.
Pod wzgędem zawartej w
sobie energii, "chiku" należy do rzakich owoców "neutralnych". Chińczycy
twierdzą, że można zjadać dowolne jego ilości i to bez żadnych
niekorzystnych następstw. Ta jego neutralność energetyczna,
w połączeniu z wyjątkowo silną słodkością powoduje, że miejscowi
ludzie którzy go lubią zwykle objadają się nim do woli.
Guava jest to rodzaj jakby okrągłej
tropikalnej gruszki. Jej powierzchnia jest jednak niemal zawsze nierówna i
pożłobkowana jak ta lewa na zdjęciu. Jeśli zaś już urodzi się gładka guava,
taka jak ta pokazana po prawej stronie zdjecia z "Fot. 12", wówczas miejscowi
niechętnie ją kupują, bo gładka powierzchnia u niej oznacza mniej ciekawy
smak. Guava ma nie tylko wielkość dużej, okrągłej gruszki, ale również i
dosyć silny smak jakby niedojrzałej choc aromatycznej gruszki. Przy jedzeniu
jest twarda i wysoce aromatyczna. Sama jednak nie bardzo nadaje się do zjedzenia.
Dlatego jada się ją zawsze po obraniu ze skóry i pocięciu na plasterki oraz
po posypaniu każdego plasterka dosyć grubą warstwą utartej
kwaśno-słodkiej wysuszonej śliwki Chińskiej. Owa utarta śliwka nadaje
owocom guava bardzo interesującego smaku. Podobnie jak smak
większości owoców tropikalnych, smak guava jest trudny do opisania.
W regionie pacyfiku ludzie jedzą dosyć sporo guava z powodu jej
aromatyczności, niskiej ceny, a także ponieważ jest ona owocem
energetycznie "neutralnym".
Po wzgędem zawartej
w sobie energii, "guava" należy do owoców "neutralnych". Chińczycy
twierdzą, że można zjadać dowolne jego ilości i to bez żadnych
niekorzystnych następstw.
Fot. 12: Interesujący owoc nazywany "guava".
Pokazane zostały dwa owoce leżące w tylniej części talerza.
Sam ten owoc nie jest przyjemny w jedzeniu. Jednak nabiera
on ciekawego smaku jeśli posypie się go utartą śliwką.
W dolnej części talerza widoczne są cztery ocukrzone
suszone śliwki z Chin. Po utarciu tych sliwek na tarce, zwykle
posypuje się nimi zjadane kawałki obranego owocu guava.
Same te śliwki zresztą też są doskonałe w smaku i
Chińczycy czasami częstują nimi gości. Mają one
kwaśno-słodki, wysoko aromatyczny smak. Po
ususzeniu ich powierzchnia staje się ocukrzona.
Cukier ten jednak jest skrystalizowanym cukrem
zawartym w samych śliwkach, a nie przypadkiem
cukrem dodawanym do nich podczas suszenia.
Fot. 13: Nie, to nie jest "mango". Jest to malezyjska
odmiana "custard apple", pokrewnego temu pokazanemu na "Fot. 14".
Jak ze zdjęcia tego widać, w Malezji dostepne są aż dwa
rodzaje tego owocu. Różnią się one kolorem. Jeden rodzaj
po dojrzeniu ma kolor niebieski, inny zaś rodzaj po dojrzeniu
ciągle ma kolor zielony. Oba te rodzaje smakują niemal identycznie
i bardzo podobnie do odmiany australijskiej pozanej na
zdjęciu "Fot. 14".
Owocu mango nie trzeba
ilustrować. Każdy bowiem zna wygląd żółtej europejskiej śliwki.
Jeśli zaś śliwkę taką powiększy się w myślach do wielkości
największego znanego nam pomidora, wówczas otrzyma się właśnie
wygląd owocu mango.
Mango jest dużym
owocem podobnym do ogromnej żółtej śliwki. Posiada ono
bardzo duza pestke otoczona twardymi wloknami. Jego
skora jest tez niejadalna. Dlatego przed spozyciem na
surowo trzeba je obraz ze skory oraz usunac owa wloknista
pestke. Cokolwiek wowczas nam zostanie, jest do zjedzenia.
Mango jest bardzo
słodkie i szeroko znane ze swojej zdolnosci do szybkiego
tuczenia ludzi. Ponieważ ja uwielbiam jego smak, zwykle
podczas wakacji w tropiku to właśnie ono jest głównym powodem
mojego przytycia. Jest smaczne jedzone na świeżo. Jeszcze zaś
smaczniejsze (i bardziej tuczące) podane po polaniu słodką
śmietaną.
Mieszkancy tropiku
twierdza, ze jedzenie owocow mango powoduje rozwolnienie u
jedzacego. Dlatego zwykle mango jest celowo zjadane jako
rodzaj lagodnego lekarstwa jesli ktos ma zatwardzenie.
Oczywiscie, je sie je rowniez w przypadku normalnej sytuacji.
Natomiast unika sie jego jedzenia, jesli ktos ma rozwolnienie
- wszakze wowczas zmieni ono rozwolnienie w biegunke.
Po wzgędem zawartej w sobie
energii "mango" należy do owoców "mokro-rozpalających". Chińczycy
zalecają umiarkowanie w jego jedzeniu. Należy też zadbać aby ich zjedzenie
neutralizować natychmiastowym zjedzeniem czegoś "chłodzącego".
Jest to dosyć
niezwykły owoc. Faktycznie jego konsystencja w środku
jest podobna do budyniu. Budyń zaś po angielsku nazywa
się "custard" - stąd nierze się nazwa tego owocu "custard
apple", co można tłumaczyć jako "jabłko budyniowe".
"Custard apple"
posiada dwie wersje, malezyjska i australijska. Jego wersja
australijska pokazana jest na "Fot. 14", zaś wersja malezyjska
na "Fot. 13". Owoc ten ma wielkość typowego jabłka. Obie
wersje są przy tym podobnej wielkości. Jednak powierzchnia
tego owocu wygląda jak powierzchnia owocu "dzikiej
jeżyny" powiększonego do wielkości jabłka. Odmiana
australijska ma przy tym bardziej gładką skórkę i występuje
tylko w zielonym kolorze. Wersja malezyjska jest badziej podobna
do jeżyny, oraz może występować także w niebieskim kolorze.
Ma też mniej miąszu w środku i więcej czarnych pestek.
Smak tego owocu jest słodki z cierpkim odcieniem
kwaskowatości. Jest on bardzo przyjemny i smakowity
w jedzeniu.
Fot. 14: Interesujący owoc nazywany "custard apple".
Powyżej pokazana jest odmiana hodowana w tropikalnej części
Australii. Owa australisjka odmiana "custard apple" ma więcej
miąszu i mniej pestek niż odmiana hodowana w Malezji. Jednak
smak obu odmian jest w przybliżeniu taki sam.
* * *
Fot. 15: Tropikalny owoc malezyjski nazywany
"pulasan". Należy on do tej samej rodziny co "rambutan".
Faktycznie dla Europejczyka jego wygląd i smak jest
nieodróżnialny od owocu "rambutan". W środku talerza
widoczne są 3 całe owoce. W dole pokazane są 2 owoce
po obraniu ich z kolczastej osłony (podobnej do osłony
naszego kasztana). W górnej części zdjęcia widać dwie
puste takie osłonki pozostałe po wyjęciu z nich owocu.
Pokazany na tym zdjęciu
owoc "pulasan" jest ogromnie podobny do owocu zwanego "rambutan".
Tyle że "kolce" na jego osłonie są nieco grubsza niż w rambutanie.
Rambutan zaś jest jednym z bardziej popularnych owoców tropikalnych.
Rambutan i
pulasan są owocami sezonowymi. (Podobnie jak truskawki
w Polsce.) To zaś oznacza, że NIE można ich kupić w każdym
dniu roku, a jedynie w czasie kiedy właśnie jest na nie sezon.
Jeśli jest się w tropiku w ich sezonie, warto sobie ich pojeść.
Mają one bowiem doskonały, dosyć unikalny, słodko-kwaskowaty,
orzeźwiający smak. Można też je zakupić na niemal każdym
straganie.
"Rambutan" rośnie w kolczastych osłonach
podobnych do osłon w jakich rosną nasze kasztany. Ma on też przybliżoną wielkość
małego kasztana w kolczastej osłonie. Tyle że osłony rambutana po dojrzeniu
zmieniają kolor z zielonego na ciemno-czerwony. Po obraniu z owej czerwonej
osłony, w środku znajduje się galaretowaty, przeźroczysty owoc o wielkości jajka
gołębiego. W środku owocu zawarta jest podłużna pestka, dosyć podobna do
pestki z daktyla. Pestka ta jest chrupka i jadalna. Można ją jeść w całości.
Niektórzy lubią jej zjadanie, chociaż przez większość koneserów tego owocu
jest ona po prostu wyrzucana. Jedzony jest przez nich tylko galaretowaty,
przeźroczysty owoc.
Rambutan posiada bardzo
do siebie podobnego krawniaka w postaci malezyjskiego owocu zwanego
"pulasan". Słowo "pulasan" w języku malezyjskim oznacza "ukręcać".
Wywodzi się ono z faktu, że aby dostać się do owocu zawartego w
jakby kolczastej osłonie, osłonę tą trzeba "ukręcać" oboma rękami.
Przy takim "ukręcaniu" osłona ta pęka, otwierając dostęp do jadalnego
owocu zawartego w jej środku. Osłonę owocu "pulasan" można odróżnić
od osłony owocu "rambutan" po tym, że ma ona grubsze jakby "igły".
U rambutana "igły" te są tak cienkie jak włosy. Jednak "igły" u obu tych
owoców są miękkie i nie ranią rąk podczas otwierania. Smak obu tych
owoców (tj. rambutan i pulasan) jest niemal identyczny i dla Europejczyka
pozostaje on nieodróżnialny od siebie. Miejscowi twierdzą jednak, że
"pulasan" jest słodszy i dorodniejszy. Dlatego też zwykle jest droższy.
Po wzgędem zawartej w sobie
energii, "rambutan" oraz "pulasan" oboje należą do owoców "mokro-rozpalających".
Chińczycy zalecają więc umiarkowanie w ich jedzeniu. Należy też zadbać aby
ich zjedzenie neutralizować natychmiastowym zjedzeniem czegoś "chłodzącego".
Langsat rośnie w pękach jak nasze winogrona.
Właściwie to zdjęcie "Fot. 16" pokazuje kilka luźnych owoców (odpadniętych
z kiścia) na pierwszym planie, oraz cały jakby "kiść winogronowy" tych
owoców ułożony w tylniej części talerza. Każde grono tego owocu
jest wiekości dużej śliwki. Po obraniu z cienkiej, białawej skórki, w środku
znajduje się jakby segmenciki podobne do tych z małych mandarynek, wykonane
jednak z bezbarwnej i jakby wysuszonej galarety. W środku owych jadalnych
bezbarwnych segmencików zawarte są zielone jakby pestki wiekości naszego
grochu, jakich nie powinno się rozgryzać bowiem mają gorzki smak. Podczas
jedzenia jadalna część tego owocu jest słodka, chociaż jednocześnie lekko
kwaskowata. Smakuje wyśmienicie i orzeźwiająco w gorącym klimacie tropiku.
Po wzgędem zawartej w sobie
energii "langsat" należą do owoców "rozpalających". Chińczycy
zalecają umiarkowanie w ich jedzeniu. Należy też zadbać aby
ich zjedzenie neutralizować natychmiastowym zjedzeniem czegoś
"chłodzącego".
Fot. 16: Bardzo smakowity owoc malezyjski zwany "langsat".
* * *
Langsat jest tylko jednym
z czterech odmiennych tropikalnych owoców dostępnych w Malezji,
które wyglądają bardzo podobnie do siebie, jednak smakują
nieco odmiennie. Owoce te to:
1. Langsat. Ma on
białawą, bardzo cienką, skórę. Jego smak jest bardzo przyjemny,
słodko-kwaśny.
2. Rambai. Jest
to ogromnie rzadki i trudny do zdobycia owoc tropikalny. Muszę
się tutaj przyznać, że chociaz na niego "poluję" już od lat, jak
dotychczas nie zdołąłem go spróbować. Podobno wygląda bardzo
podobnie do Langsat. Jednak ma silnie kwaśny, chociaż przyjemny
w jedzeniu smak.
3. Duku. Wygląda
rónież bardzo podobnie do langsat, chociaż ma on lekko różowawą
oraz relatywnie grubą, skórę. Jego smak jest bardzo słodki.
Powinienem dodać, że
istnieje rónież hybryd zwany "duku-langsat". Jest to owoc powstały
poprzez skrzyżowanie "langsat" z "duku". Ma on nieco grubszą skórę
niż "langsat" (chociaż cieńszą niż "duku"), za to jest słodszy od
"langsat" (chociaż kwaśniejszy niż "duku").
4. Longan berry, który
przez Chińczyków nazywany jest "dragon eye" (nie wolno przy tym mylić
białego, grono-podobnego "dragon eye" (tj. "smoczego oka") z czerwonym,
burako-podobnym "dragon fruit" (tj. "owocem smoka") pokazanym na zdjęciu
18). Longan berry jest o połowę mniejszy od Langsat. Jego skórka jest
bardzo cienka i krucha. Ma on też w środku dużą, czarną pestkę o gładkiej,
szklistej powierzchni, oraz o wielkości pestki z europejskich czereśni.
Fot. 17: Bardzo smakowity owoc malezyjski zwany
"dragon eye" albo "longan berry". Tj. "dragon eye" jest on nazywany
przez Chińczyków (nie wolno przy tym mylić białego, grono-podobnego
"dragon eye" (tj. "smoczego oka") z czerwonym, burako-podobnym
"dragon fruit" (tj. "owocem smoka") pokazanym na zdjęciu
18 poniżej). Longan berry jest o połowę mniejszy od Langsat.
Jego skórka jest bardzo cienka i krucha. Ma on też w środku dużą,
czarną pestkę o gładkiej, szklistej powierzchni, oraz o wielkości pestki
z europejskich czereśni lub wiśni.
Powyższe zdjęcie
pokazuje wygląd całych owoców "smocze oko", jak również
wygląd wszystkich składników tego owocu. I tak na górze zdjęcia
widać całe owoce. Mają one zwykle kolor jasno-brązowy z jakby
brązowszymi prązkami. Ich wielkość jest podobna do naszej
wiśni. Poniżej widać: (po lewej) skóki obrane z tych owoców,
(w środku) owe owoce już bez skórki - najwyższy z nich
przekrojony poziomo aby pokazać jego pestkę, (po prawej)
dwie czarne pestki wyjete z owych owoców. Ich pestki są
niejadalne.
Też rośnie on w kiściach jak nasze
winogrona. Należy do tej samej grupy tropikalnych owoców "jagodowych"
co pokazany poprzednio "langsat". Jest jednak nieco mniejszy od owocu
"langsat". Ma bowiem wielkośc typowej europejskiej wiśni. Jego skórka
jest twarda niemal jak skorupka jajka. Z lewej strony talerza widać kilka
kawałków takich skórek pozostających po jego obraniu. W środku, pod
ową skórką, posiada galaretowaty, bardzo słodki miąsz z czarną okrągłą
pestką w swym środku. Pestka ta ma wielkość pestki z wiśni lub czereśni.
Z uwagi na jej doskonale czarny kolor i gładkość powierzchni, w dawnych
czasach pestka ta była używana dla symulowania oczu w imitacji smoka
używanego w tradycyjnym chińskim tańcu nazywanym "dragon dance".
Właśnie z powodu takiego użycia pestek tego owocu, sam owoc nazywa
się "dragon eye" czyli "smocze oko".
Dragon eye (tj. "smocze oko")
jest bardzo smacznym owocem. Jest on bardzo słodki, kruchy i soczysty.
Jego jedzenie jest przyjemnością. Obiera się też bardzo łatwo z kruchej
skórki pękającej pod naciskiem palców jak skorupka cienkiego jajka.
Po wzgędem zawartej w sobie
energii, "dragon eye" należą do owoców typu "yang", czyli "rozpalających".
Chińczycy zalecają umiarkowanie w ich jedzeniu. Należy też zadbać aby
ich zjedzenie neutralizować natychmiastowym zjedzeniem czegoś
"chłodzącego".
Mi osobiście "dragon fruit" wyglądem
przypomina jedną z odmian polskiego buraka pastewnego, w jakiej liście
wyrastają z jakby rodzaju główki. Jest on też wielkości przeciętnego
takiego buraka, chociaż ma kształt bardziej zaokrąglony niż stożkowaty.
Po obraniu z niejadalnej skóry jest on biały z jakby czarną makowatą
zawiesiną w środku swego miąszu. Posiada bardzo nikły smak, stąd trzeba
się do niego przyzwyczaić aby zacząć doszukiwać się smaczności w jego
zjadaniu. Przy pierwszym jedzeniu zwykle wydaje się że wogóle nie ma
on żadnego smaku.
"Dragon fruit" jest również
sadzony w tropikalnej Ameryce, szczególnie zaś w Meksyku. Jest on tam
znany pod odmienną nazwą "Indian fig" (tj. "figa indyjska").
Po wzgędem zawartej w sobie
energii, "dragon fruit" należy do owoców "neutralnych". Chińczycy
twierdzą, że można zjadać dowolne jego ilości i to beż żadnych
niekorzystnych następstw.
Fot. 18: Ulubiony owoc Wietnamczyków zwany "dragon fruit".
* * *
Fot. 18(b): Oto wygląd owocu "dragon fruit" po obraniu
ze skóry i przygotowaniu do jedzenia. Z wyglądu w środku przypomina
mi on watę obsypaną ziarenkami maku. Faktycznie też w jedzeniu
smakuje nieco jak "mokra, miękka wata" pozbawiona jakiegokolwiek
smaku.
Fot. 19: "Starfruit". (Nazwę "starfruit" daje
się tłumaczyć na polski jako "gwiaździsty owoc".) Nazwa
tego owocu wywodzi się z jego kształtu. Szczególnie jeśli
pokroi się go w plasterki w kierunku prostopadłym do jego
osi centralnej. Owe plasterki wyglądają wówczas jak złociste
gwiazdki o średnicy plasterka z naszego jabłka. Ich kolor
jest również bardzo piękny, bo jakby złocisty - podobny
nieco do koloru typowego miodu. Z uwagi na piękny
gwiaździsty kształt i kolor tych plasterków, w restauracjach
krajów tropikalnych plasterki tego owocu często używane
są do ozdabiania innych potraw. Oczywiście, oprócz wnoszenia
wartości zdobniczej, są one także jadalne.
Starfruit jest kwaskowaty.
Posiada on też bardzo silny smak "zieleniny". Ja osbiście go nie
lubię jako owocu jedzonego na surowo. Lubię jednak sok z niego -
jeśli sok ten zostaje dosłodzony. Sok ten ma bowiem dosyć orzeźwiający
aromat i jest bardzo przyjemny podczas picia, chociaż pozostawia
potem w ustach ów posmak "zieleniny".
Starfruit jest słynny
ze swojej zdolności do obniżania ciśnienia krwi. Dlatego jest
ulubionym owocem ludzi z nadciśnieniem.
Po wzgędem zawartej
w sobie energii, "starfruit" należy do owoców "chłodzących".
W dawnych czasach Chińczycy zalecali umiarkowanie w ich
jedzeniu. Zalecali także, aby ich zjedzenie neutralizować
zjedzeniem czegoś "rozpalającego" - szczególnie jeśli
jedząca osoba jest kobietą. Jednak w dzisiejszych czasach
zalecenie to wcale nie musi być już tak pedantycznie
przestrzegane - jak to wyjaśniłem we wstępie do tej strony.
Owoce "persimon" nie przez
każdego są lubiane. Powodem jest, że sporo z nich posiada niezbyt
unikalny smak - szczególnie jeśli wyrastają one bez wystarczającej
ilości słońca (np. w Nowej Zelandii). Takie niedosłonecznione
persimonki faktycznie też smakują trochę podobnie jak europejska
czerwona marchewka upieczona w ogniu harcerskiego obozu.
Jeśli jednak wyrastają one w dobrze nasłonecznionym
obszarze, np. w Izraelu, ich smak zaczyna być doskonały.
Owoce "persimon" mają
cechę regulowania produktów układu trawiennego i czynienia tych
produktów bardziej stałymi i solidniejszymi. Ich niezwykłość
polega przy tym na tym, że utwardzając nieco kupę nigdy nie
powodują one zatwardzenia. Działają więc nieco odwrotnie do
owoców bananowych i do mango. Jeśli więc
w przeszłości ktoś miał rozstrojony żołądek i nieregularną lub
zbyt rzadką kupę, wówczas zwykle objadał się suszonymi "persimonami".
(Powodem dla jakiego objadal sie suszonymi persimonami, a nie
swiezymi, jest ze suszone sa dostepne o kazdej porze roku,
podczas gdy swieze mozna zakupic jedynie w sezonie na nie.)
Po wzgędem zawartej w sobie
energii, "persimon" należą do owoców "yang" czyli "rozpalających". Chińczycy
zalecają umiarkowanie w jego jedzeniu. Należy też zadbać aby
ich zjedzenie neutralizować zjedzeniem czegoś "chłodzącego".
Fot. 20: Mieszanina trzech rodzajów tropikalnych owoców.
Obejmuje ona (od lewej): (1) wielkie jak głowa ludzka "pomelo" o
zielonkawym kolorze ("pomelo" pokazane jest także na zdjęciu 7),
(2) okrągłe "mangosteen" wielkości średniego jabłka (te poniżej,
wyglądające jak europejskie jagody, ale o wielkości jabłka), oraz
(3) owoce "persimon" (te wyżej, po prawej, o wyglądzie i kolorze
małych dyni wielkości naszego typowego jabłka). Jedna z najsmaczniejszych
wersji owoców "persimon", importowana z Izraela, zwana jest też
"shanon fruit".
Fot. 21: Nie, to wcale nie jest "tapioca".
Korzenie tapioki pokazane są na zdjęciu "Fot. #1"
z odrębnej strony internetowej o
uzdrawianiu.
Powyższe zaś zdjęcie pokazuje "persimony". Trzy z nich
są świeże, czyli są to te same owoce które również w
stanie świeżym pokazane były na zdjęciu "Fot. 20" powyżej.
Z kolei dalsze dwa persimony z powyższego zdjęcia są
pokazane już po ususzeniu. (Jak widać po wysuszeniu
zamieniają się one w białe, okrągłe "placki", ocukrzone
swoim wlasnym naturalnym cukrem.)
W takim wysuszonym stanie można je zakupić w sklepach
spożywczych tropikalnych krajów. Są one tam powszechnie
dostępne, ponieważ suszone persimony przez Chińczyków
używane są w celach leczniczych. Mianowicie regulują one
i utwardzają kupę. Działają więc nieco podobnie jak tapioca,
tyle że ich działanie jest znacznie łagodniejsze od działania
tapioca.
Ja od
dłuższego już czasu staram się sfotografować tapioca
i pokazać jej wygląd na swoich stronach internetowych.
Pechowo jednak zawsze z jakichś powodów mi się to
nie udaje. Dlatego tutaj tylko opiszę jej wygląd. Z wyglądu
tapioca przypomina europejskiego buraka cukrowego,
albo oblepioną błotem ogromną marchew pastewną.
Ma ona kształt stożkowy z grubsza przypominający
ogromną marchew. Rośnie wszakże pod ziemią tak
jak nasza marchew lub buraki. Jest jednak od typowej
marchwi znacznie większa. W najszerszym miejscu
jej średnica może bowiem przekraczać 10 cm. Jej
powierzchnia jest też ciemno-szara tak jak błoto.
Pokryta jest bardzo chropowatą ciemno-szarą
skórą i zwykle cała oblepiona cieniutkimi korzonkami
oraz resztkami gleby w której rosła.
Chińska
nazwa dla tapioca brzmi "mook si", co tłumaczy się
jako "drewno". Ponieważ tapioca rośnie w glebie jak nasze
buraki, dla Chińczyków symbolizuje ona "zakopane drewno"
czyli czyjąś "trumnę". Z tego powodu w okolicach ważnych
świąt, takich jak np. Chiński Nowy Rok, Chińczycy nie lubią
widoku "tapioka". Jej widok traktują wówczas jako "zły omen"
sugerujący czyjąś śmierć. W okolicach Chińskiego Nowego
Roku, Chińczycy nie sprzedają więc tapioca na swoich
straganach. Ponieważ zaś są oni jedynymi którzy sprzedają
tą roślinę, zaś ja ostatnio przebywam w tropiku zawsze
właśnie w okolicach Chińskiego Nowego Roku, to wyjaśnia
dlaczego nie jestem tu w stanie pokazać jej zdjęcia.
Tapioca
jest rośliną tropikalną. W Polsce zapewne nie można
jej zakupić w stanie świeżym, aby skorzystać z jej
doskonałych własności wyciszania biegunki. Na szczęście
wysuszona i sproszkowana tapioca eksportowana jest
z krajów tropikalnych do wielu krajów świata (np. do Nowej
Zelandii). Tyle że znana jest tam pod nieco inną nazwą.
Nazywa się ją tam "krochmalem z tapioki" (po angielsku
"tapioca starch"). W Nowej Zelandii taką wysuszoną i
sproszkowaną wersję tapioca importowaną z Tailandii
zdołałem zakupić pod nazwą "Tapioca Starch" - co na
język polski tłumaczy się właśnie jako "krochmal z tapioki".
Uczyniłem to kiedy po powrocie z wakacji w tropiku,
podczas których zdołałem uchronić się od nawet
najlżejszego zatrucia pokarmowego, niespodziewanie
dostałem zatrucia i paskudnej biegunki już w Nowej
Zelandii po zjedzeniu czegoś w restauracji "Mac Donald".
Aby więc po kilku dniach spędzonych w toalecie wyleczyć
tą paskudną biegunkę właśnie za pomocą tapioca
sprawdzonej już wielokrotnie w działaniu, zacząłem
w sklepach nowozelandzkich desperacko poszukiwać
tej życiodajnej rośliny. Znalazłem
ją w formie "krochmalu z tapioki" (tj. "tapioca starch").
Natychmiast zagotowałem kilka jej łyżek rozpuszczonych
w wodzie otrzymując rodzaj galaretowatej zupy, niemal
identycznej do owej "polewki" którą otrzymuje się z
rozgotowania świeżego korzenia tapioca - jak to wyjaśniłem
w prawej kolumnie od tego miejsca. Po wypiciu około pół litra
tej "polewki" ponownie biegunka zniknęła "jakby ręką odjął".
Czyli ów "tapioca starch" (tj. "krochmal z tapioki") okazał
się równie efektywny w leczeniu biegunek jak świeża
tapioca. Warto więc wiedzieć o owej życiodajnej cesze
korzeni tapioca i krochmalu tapiokowego. Może to
bowiem zaoszczędzić nam wielu cierpień i kłopotów.
Tapioka
posiada cały szereg zalet nad metodami leczenia biegunki
przez dzisiejszą (oficjalną) medycynę ortodoksyjną.
Przykładowo, jej efekty są natychmiastowe i piorunujące.
Praktycznie nie znam żadnego innego lekarstwa które
leczyłoby biegunkę tak szybko i tak skutecznie jak ona.
Jest lekarstwem "naturalnym", dla którego nie odnotowalem
aby pozostawialo po sobie jakikolwiek efekt uboczny.
(Dla porównania, np. o węglu wiadomo, że posiada cechy
rakotwórcze. Jednak ów węgiel jest jednocześnie jednym
z "lekarstw" które na biegunkę oferuje nam medycyna
ortodoksyjna.) Tapioka wcale też nie smakuje jak lekarstwo,
a jak przyjemna "polewka" którą jest w stanie tolerować
nawet najwybredniejsze podniebienie.
Po wzgędem zawartości
energetycznej, "tapioca" należy do pożywienia silnie "chłodzącego" ("yin").
W dawnych czasach Chińczycy zalecali umiarkowanie w jego jedzeniu.
Zalecali także, aby jego zjedzenie neutralizować zjedzeniem
czegoś "rozpalającego" - szczególnie jeśli jedząca osoba jest
kobietą. Jednak w dzisiejszych czasach nadmiernego objadania
sie przez ludzi jadłodajniową żywnością o "rozpalającym"
charakterze, to stare zalecenie wcale nie musi być już
tak pedantycznie przestrzegane - jak to wyjaśniłem we
wstępie do tej strony.
Tapioca (czytaj "tapioka")
faktycznie wcale nie jest owocem. Jest ona rodzajem jadalnego
korzenia, czyli jakby tropikalną odmianą naszego buraka czy
marchwi pastewnej. Niemal jedyne co ją łączy z tropikalnymi
owocami, to fakt że na targowiskach z tropikalnych krajów
owa "tapioca" sprzedawana jest zwykle na tych samych
straganach na których sprzedają tam pokazane poprzednio
owoce. Tropikalny korzeń "tapioca" ma jednak jedną zasadniczą
zaletę, która zadecydowała że go tak dokładnie opisuję na niniejszej
stronie. Mianowicie tapioca jest w stanie zaoszczędzić nam wielu
cierpień. W sposób niemal natychmiastowy leczy ona bowiem
nawet najsilniejszą biegunkę. Biegunka zaś w krajach tropikalnych
jest jednym z nazacieklejszych wrogów Europejczyków.
Można ją tam dostać praktycznie od wszystkiego, np. od
wypicia nieprzegotowanej wody, od użycia miejscowego lodu,
od nalania wypijanego napoju do szklanki umytej przez miejscowych,
a nawet od zjedzenia owocu który został rozkrojony kilka
godzin wcześniej (dlatego Europejczycy nie powinni jeść
w tropiku owoców, które nie zostały rozkrojone w ich obecności,
znaczy tuż przed zjedzeniem). W tropiku zaś mikroorganizmy
które powodują biegunkę są ogromnie złośliwe. Kiedyś
potrafiły one nawet uśmiercić nieostrożnego przybysza z
Europy. Jeśli więc dostanie się tam biegunki, wówczas
niemal wyrywa ona z nas wnętrzności. Dokumentnie też
psuje nasz pobyt w tropiku. Wszakże po jej dostaniu,
praktycznie całą resztę swoich wakacji, a także całą drogę
powrotną w samolocie, zwykle spędza się później w toalecie. Wobec
tropikalnej biegunki, europejskie nowoczesne medykamenty
są też niemal zupełnie bezradne. Nie są jej w stanie wyleczyć.
Ale tapioca może. Ja osobiście zawdzięczam korzeniowi tapioca
wiele zaoszczędzonych cierpień, jeśli nie wiele pobytów w
szpitalu, a być może nawet ocalone życie. Sporo bowiem razy
podczas mich profesur w tropiku miałem paskudne zatrucia
pokarmowe i okropnie silne biegunki. W jednym przypadku
rozważałem już nawet napisanie testamentu. Jednak tapioca
zawsze w końcu je leczyła i to w mgnieniu oka. Dlatego piszę
tutaj o tym życiodajnym korzeniu. Warto bowiem aby wszyscy
poznali jej życiodajne własności.
Jeśli ja sam
w tropiku dostaję biegunki, wówczas natychmiast staram się
uczynić co następuje. Najpierw udaję się na najbliższe targowisko
z owocami i warzywami oraz zakupuję tam sobie jeden korzeń
tapioca o średniej wielkości (tj. około 1 kg). Po powrocie do
miejsca zamieszkania obieram tapioca z zabrudzonej glebą
skóry - tak jak normalnie czynię to z ziemniakami, kroję ją
na mniejsze części - tak jak to czynię z ziemniakami przed
gotowaniem, a następnie wkładam ją do garnka z wodą
(też tak jak to czynię przy gotowan